Jak Misiak Work Service sprzedawał

opublikowano: 29-11-2022, 20:00
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

Tomasz Misiak twierdzi, że był szantażowany przy okazji sprzedaży akcji Work Service’u włoskiemu inwestorowi. Śledczy i sądy nie dają mu wiary.

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

  • na jakim etapie są główne spory sądowe między Tomaszem Misiakiem a włoskim inwestorem, który przejął kontrolę nad Work Service’em
  • co zarzucają sobie obie strony i jakie rozstrzygnięcia zapadały w polskich sądach
  • jak sprawa rozwodowa przedsiębiorcy łączy się ze sporami korporacyjnymi wokół spółki giełdowej

„W moim konflikcie z firmą, która przejęła Work Service, Eva Mantziou odegrała znacząca rolę, bo jej zeznaniami grożono mi w celu wymuszenia niższej ceny sprzedaży akcji. I tak się stało, a Eva do dziś pozostaje we współpracy z moimi oponentami” – to słowa Tomasza Misiaka z wywiadu dla PB z połowy listopada, które mogły szczególnie zainteresować inwestorów giełdowych.

Przedsiębiorca, który w połowie października został zatrzymany przez CBŚ, a następnie oskarżony o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, od ponad dwóch lat pozostaje w sporze prawnym z Gi International. Włoski inwestor dwa lata temu przejął kontrolę nad giełdową agencją pracy tymczasowej, która borykała się z bardzo wysokim zadłużeniem wobec banków i instytucji państwowych, będącym rezultatem przede wszystkim zbyt agresywnej ekspansji zagranicznej, realizowanej na kredyt.

Tomasz Misiak twierdzi, że większość swojego pakietu sprzedał Włochom po „zaniżonej” cenie, bo w sierpniu 2020 r. był szantażowany udostępnieniem żonie dokumentów, które mogła wykorzystać w postępowaniu rozwodowym i sprawach cywilnych, a także doprowadzeniem do wytoczenia mu sprawy karnej. Według niego groźby zostały spełnione, czego rezultatem było m.in. głośne zatrzymanie sprzed półtora miesiąca.

Teraz Tomasz Misiak próbuje przekonać prokuraturę, w której złożył kolejne już zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, a także sąd cywilny, który we wtorek zajmował się sprawą niekorzystnego dla przedsiębiorcy rozstrzygnięcia sądu arbitrażowego w sporze z Gi. Wyrok jednak jeszcze nie zapadł – według naszych informacji dojdzie do tego dopiero 20 grudnia.

Z kolei Gi – jak pierwsze podało w piątek Radio Zet – złożyło do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Tomasza Misiaka, bo uważa, że zostało przez niego oszukane.

„Gi Group zaprzecza, że z zakupem akcji Work Service wiązały się jakiekolwiek groźby wobec pana Tomasza Misiaka. Potwierdził to ostateczny wyrok Sądu Arbitrażowego Międzynarodowej Izby Handlowej, w którym ustalono, że pan Misiak zawarł umowę z własnej woli i bez żadnego przymusu oraz zasądził na rzecz Gi Group odszkodowanie w wysokości 5,9 mln zł za niewywiązanie się przez Tomasza Misiaka z umowy sprzedaży akcji. Do wniosku, że nie ma żadnych dowodów uprawdopodobniających rzekome groźby, doszły wszystkie (aż trzy) składy Sądu Okręgowego w Warszawie, które weryfikowały w drugiej instancji w ramach postępowań zabezpieczających twierdzenia Tomasza Misiaka o rzekomych groźbach" - czytamy w oświadczeniu Gi, rozesłanym w tym tygodniu do mediów.

Wymiana zawiadomień
Wymiana zawiadomień
Tomasz Misiak próbuje przekonać prokuraturę, że większość swojego pakietu sprzedał Włochom po „zaniżonej” cenie, bo był przez nich szantażowany. Natomiast Gi złożyło do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Tomasza Misiaka.
Marek Wiśniewski

Umowa podpisana…

Tomasz Misiak został zatrzymany w ramach głośniej akcji CBŚ 12 października. Postawiono mu zarzuty kierowania grupą przestępczą, składającą się przede wszystkim z menedżerów Work Service’u, która przy okazji działalności giełdowej spółki miała zajmować się uzyskiwaniem nieuprawnionego dofinansowania z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) w latach 2010-19 (patrz ramka).

Według śledczych doprowadziło to do niekorzystnego rozporządzenia mieniem skarbu państwa w kwocie co najmniej 42,7 mln zł (dofinansowanie PFRON) i 1 mln zł (nieodprowadzone składki ZUS).

Przedsiębiorca utrzymuje, że jest niewinny, a postawione jemu i jego współpracownikom zarzuty to kombinacja zemsty żony, politycznej rozgrywki pod publiczkę i sporu korporacyjnego, o czym szczegółowo mówił w wywiadzie dla PB. Z biznesowego punktu widzenia najciekawszy jest ten ostatni wątek.

Bezsporne fakty są takie: 19 sierpnia 2020 r. Tomasz Misiak podpisał z włoskim inwestorem umowę, w której zobowiązał się do sprzedaży mu w dwóch transzach 14,5-procentowego pakietu akcji Work Service’u. Wstępne warunki transakcji ustalono w styczniu 2020 r. W pierwszej, większej transzy przedsiębiorca sprzedał od razu prawie 10 proc. akcji po 0,21 zł za walor, czyli łącznie za 1,3 mln zł.

Resztę miał sprzedać w tej samej cenie, odpowiadając na ogłoszone przez Włochów wezwanie. Na mocy umowy nowy inwestor odkupił też od niego za 3,5 mln zł obligacje Work Service’u. W tym samym czasie Gi kupowało walory od innych znaczących akcjonariuszy spółki: Tomasza Hanczarka, funduszu PineBridge i brytyjskiego ProLogics.

Zarzuty tak, areszt nie

Tomasz Misiak został zatrzymany w połowie października w głośnej akcji, w ramach której CBŚ o godz. 6 rano zgłosiło się też po Macieja Wituckiego, szefa Lewiatana, oraz Iwonę Szmitkowską, Tomasza Hanczarka i Krzysztofa Inglota. Wszyscy menedżerowie byli przez lata związani z giełdową spółką Work Service, działającą obecnie pod szyldem Gi Group. Wszystkim też postawiono zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, której szefem miał być Tomasz Misiak.

Sąd nie zgodził się na tymczasowe aresztowanie zatrzymanych, o co wnioskowała prokuratura. W pierwszej instancji uznał, że zgromadzone dotychczas dowody nie uprawdopodobniają w wystarczającym stopniu zarzucanych czynów. Zwrócił uwagę, że śledczy oparli się przede wszystkim na zeznaniach Evy Mantziou, czyli żony Tomasza Misiaka (a w przeszłości m.in. prezes należącej do grupy spółki People Care), a także na wyjaśnieniach Krzysztofa Inglota i danych zgranych z twardego dysku współtwórcy Work Service'u przez jego żonę.

Eva Mantziou od lat jest skonfliktowana z mężem (postępowanie rozwodowe wciąż się nie zakończyło), a ich prawnicy spotykają się na sprawach sądowych w licznych procesach. Do tej pory została m.in. prawomocnie zobowiązana do przeproszenia Tomasza Misiaka za kierowanie fałszywych oskarżeń do organów ścigania i nieprawomocnie uznana za winną pomówienia.

  • Od ponad pięciu lat jestem prześladowany przez małżonkę Evę Mantziou, z którą zdecydowałem się rozstać mówił w połowie listopada w rozmowie z PB Tomasz Misiak.

Krzysztof Inglot natomiast – według prawników Tomasza Misiaka – współpracuje z prokuraturą ze względu na toczące się wobec niego odrębne śledztwo w sprawie wyłudzeń VAT.

Sąd wspomniał też w uzasadnieniu odrzucenia wniosku o tymczasowe aresztowanie, że niezrozumiała jest obawa prokuratury o potencjalne nakłanianie świadków do składania fałszywych zeznań przez Tomasza Misiaka, skoro „prócz Evy Mantziou i Krzysztofa Inglota świadkowie i podejrzani nie złożyli żadnych niekorzystnych dla niego depozycji".

W rozstrzygnięciu drugiej instancji wobec Tomasza Misiaka zastosowano jednak środki zapobiegawcze: poręczenie majątkowe w wysokości 200 tys. zł, dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju. Od wszystkich się odwołał, ale według piątkowych informacji PAP sąd odwołania nie uwzględnił.

…umowa kontestowana

Sporne są okoliczności podpisania umowy. Tomasz Misiak już po miesiącu podjął próbę częściowego wycofania się z niej i nie odpowiedział na wezwanie. Jak twierdzi, na ostatniej prostej przed podpisaniem umowy z Gi dostał znacznie lepszą ofertę od węgierskiego inwestora, spółki Human Investors, która wraz z Work Service’em była udziałowcem agencji pracy ProHuman.

W następnych miesiącach składał oświadczenia o uchyleniu się od skutków kolejnych punktów umowy: o sprzedaży pierwszej transzy akcji i zgodzie na postępowanie arbitrażowe w wypadku ewentualnego sporu. Nie wycofał się natomiast z transakcji sprzedaży obligacji.

W wersji Tomasza Misiaka w trakcie negocjacji doradcy transakcyjni i współpracownicy włoskiego inwestora grozili mu, że jeśli nie podpisze umowy, to do prokuratury trafią zawiadomienia o (rzekomo) popełnianych przez niego przestępstwach, a do żony - informacje, które będzie mogła wykorzystać w sprawach rozwodowych. Przedsiębiorca twierdzi, że pod presją i w wyniku szantażu umowę podpisał, ale potem zmienił zdanie, a skutki prawne umowy zawartej pod wpływem gróźb powinny zostać uchylone.

Groźby kierować miał pod jego adresem w rozmowie telefonicznej 14 sierpnia, czyli na pięć dni przed podpisaniem umowy z Włochami, jeden z członków rady nadzorczej Work Service’u, pracujący wówczas dla funduszu PineBridge. Fundusz, według przedsiębiorcy, był zwolennikiem transakcji z Włochami, a węgierską ofertę uznawał za niewiarygodną (Human Investors wcześniej pozostawał w sporze z Work Service’em). Czy groźby rzeczywiście padły, a jeśli tak, to czy zostały zrealizowane?

Szukanie szantażu

Wątkiem rzekomego negocjacyjnego szantażu zajmowały się już prokuratura, sąd arbitrażowy i zwykłe sądy. Pierwsza jeszcze w 2020 r. odmówiła wszczęcia śledztwa, drugi uznał oskarżenia za niewiarygodne. Stało się to podczas postępowania, w którym nakazał Tomaszowi Misiakowi zapłatę na rzecz Gi Group łącznie 4 mln zł (plus odsetki) za niewywiązanie się z umowy i uregulowanie ponad 1,5 mln zł kosztów sądowych, choć wbrew żądaniu Włochów nie zobowiązał go do odsprzedania im reszty akcji.

Przedsiębiorca rozstrzygnięcie to zaskarżył do sądu cywilnego. Jego prawnicy argumentują, że do szantażu doszło, ale sąd arbitrażowy nie uwzględnił zeznań świadków, którym Tomasz Misiak na gorąco relacjonował feralną rozmowę. Argumentują dodatkowo, że główny arbiter nie ujawnił konfliktu interesów (miał pracować z prawnikami powiązanymi z kancelarią obsługującą włoskiego inwestora), a całe postępowanie arbitrażowe było wadliwe prawnie. Właśnie w tej sprawie wyrok zapadnie 20 grudnia.

Jedynym organem, który do tej pory nie odrzucił oskarżeń o szantaż, był sąd okręgowy w Warszawie w ramach postępowania z grudnia 2020 r. o zabezpieczenie roszczeń Tomasza Misiaka wobec Gi Group (chodziło o zablokowanie wykonywania prawa głosu z odkupionego już pakietu i zwrócenie go przedsiębiorcy). Udzielił on zabezpieczenia, uznając informacje Tomasza Misiaka o groźbach za „wystarczająco uprawdopodobnione”.

Standardowo sąd zastrzegł jednak, że na tym etapie nie zajmuje się merytoryczną oceną zarzutów stron postępowania. Włoski inwestor stał na stanowisku, że Tomasz Misiak nie wykonał w pełni umowy nie z powodu gróźb, ale dlatego, że chciał uzyskać wyższą cenę za resztę akcji.

W drugiej instancji w kwietniu 2021 r. zabezpieczenie zostało zdjęte, bo według innego składu sędziowskiego Tomasz Misiak nie miał powodów, by uznać groźby za realne – a jedynym dowodem na to, że padły, są jego oświadczenia (przedsiębiorca poddał się też na własne życzenie badaniu wariografem, które „z wysokim prawdopodobieństwem” wskazało, że nie kłamie w sprawie gróźb, ale takie badania nie stanowią samodzielnych dowodów).

Słowo przeciw słowu

Według Tomasza Misiaka wydarzenia z ostatnich miesięcy dowodzą jednak, że groźby nie tylko padły, ale też zostały zrealizowane.

W nowym zawiadomieniu do prokuratury, złożonym dzień przed zatrzymaniem przez CBŚ i uzupełnionym na początku listopada, a także w sprawie dotyczącej rozstrzygnięcia arbitrażu, przedsiębiorca utrzymuje, że jego żona w postępowaniach cywilnych oraz w kontaktach z prokuraturą – w tym w ramach kluczowych zeznań, które doprowadziły do przestawienia mu zarzutów – przekazywała informacje, które mogła uzyskać tylko od „osób skupionych wokół rady nadzorczej i zarządu spółki”. Chodzi m.in. o korespondencję mejlową pracowników Work Service’u z wielu lat, której adresatem nie był Tomasz Misiak.

O odniesienie się do tez Tomasza Misiaka poprosiliśmy przedstawicieli Gi Group Poland, czyli dawnego Work Service’u, a także reprezentantów Evy Mantziou.

„Gi Group całkowicie zaprzecza istnieniu jakiejkolwiek współpracy z Evą Mantziou, żoną pana Misiaka i byłą pracownicą Work Service. Gi Group jest za to stroną sporów cywilnych z Evą Mantziou, które dotyczą okresu, gdy była ona pracowniczką Work Service zanim Gi Group został akcjonariuszem spółki" - czytamy w oświadczeniu spółki.

Włoski inwestor dodaje, że do tej pory nie otrzymał zasądzonego przez arbitraż odszkodowania od Tomasza Misiaka. Przedsiębiorca oświadczył, że nie posiada żadnych aktywów ani nieruchomości, nie znalazł ich też komornik.

„Ustalenie winy wszystkich osób występujących w sprawie i ewentualne ich skazanie jest obecnie w rękach polskich sądów" - podsumowuje Gi.

Magdalena Kłys-Korzeniowska, reprezentująca Evę Mantziou, w odpowiedzi na nasze pytania poinformowała, że żona Tomasza Misiaka „nie jest zainteresowana komentowaniem wypowiedzi męża ani budowaną przez niego narracją”.

„Moja klientka nie jest też zainteresowana konfliktami prawnymi Tomasza Misiaka z Gi Group, innymi osobami fizycznymi ani prawnymi. Ocena faktów i zdarzeń będzie przedmiotem orzeczeń sądów karnych i cywilnych. Informuję, że Gi Group nigdy nie przekazało mojej klientce żadnych informacji ani dokumentów dotyczących Tomasza Misiaka, ani pozostałych oskarżonych. Jedyne kwestie prawne pozostające w kręgu zainteresowania mojej klientki to zakończenie sprawy rozwodowej oraz uiszczenie przez Tomasza Misiaka prawie dwuletniej zaległości alimentacyjnej na rzecz ich wspólnego syna, gdyż Tomasz Misiak oświadcza przed sądem, że zarabia jedynie 1000 zł miesięcznie, a komornik nie jest w stanie wyegzekwować zaległości od dłużnika" - informuje Magdalena Kłys-Korzeniowska.

Skontaktowaliśmy się również z menedżerem, który według Tomasza Misiaka miał kierować pod jego adresem groźby, ale odmówił komentarza.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane