Jak motywacyjne bzdury mieszają nam w głowach

opublikowano: 07-11-2021, 20:00

Kariera, pieniądz, sława? Trzymaj swoich pracowników z daleka od samopomocowych guru – sprzedawców fałszywych nadziei.

Po internecie krąży filmik z przeróbką popularnej pieśni gospel „Szczęśliwy dzień, gdy Jezus zmył moje grzechy”. Na motywacyjnym spędzie śpiewają ją razem z zawodową wokalistką księgowi renomowanej spółki. Brzmi cokolwiek dziwnie: „Szczęśliwy dzień/Gdy Ernst and Young/Pokazał mi lepszą drogę/O tak, dziecino, to był szczęśliwy dzień”. Owa lepsza droga – „dziecino”! – to „praca w zespole” oraz „liderowanie w pracy, zabawie i wszystkim, co robimy”.

Takie rzeczy tylko w Ameryce? Ależ skąd! Mariusz Szczygieł napisał kiedyś reportaż o zjeździe Amwaya w Sali Kongresowej w Warszawie, na którym panowała atmosfera jak z nabożeństwa zielonoświątkowców. Fanfary, bębny, chóry. Zespół Vox wykonał ułożoną na tę okazję piosenkę: „Nie wstydź się marzeń, kiedy spada gwiazda...”. Najlepsi handlowcy chwalili się, jak zbudowali wartą fortunę sieć sprzedaży, za co trzytysięczny tłum nagrodził ich owacjami na stojąco.

Sprzedawcy marzeń:
Sprzedawcy marzeń:
Co minutę rodzi się naiwniak – mówił P.T. Barnum, XIX-wieczny geniusz cyrkowej rozrywki i zawodowy hochsztapler. Nic dziwnego, że przemysł stadionowych guru, bestsellerów motywacyjnych i szkoleń samopomocowych wart jest miliardy dolarów.
Adobe Stock

Po scenie chodzili ludzie przebrani za produkty korporacji: kosmetyki i środki czystości. Proszek do prania wielkości człowieka bił pokłony przed publicznością. Za kulisami pani z obsługi parskała śmiechem: „No nie, modlą się do proszków”. „Oni tak wariują bez wódki”.

Metody motywowania pracowników często mają więcej wspólnego z magią niż nauką. Obliczone są na natychmiastowe zwiększenie energii i entuzjazmu, co może się przełożyć na wyższą produktywność w krótkim czasie. Tyle że euforia szybko opada, pozostawiając człowieka z poczuciem niespełnienia i pustki. Pod wpływem charyzmatycznych mówców ludzie zaczynają wierzyć, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych, ale gdy potem nie wypali jedno czy drugie spotkanie sprzedażowe, załamują się. Zbyt duże oczekiwania wobec siebie kończą się frustracją.

Sprawdź program cyklu webinarów “Akademia Lidera” - 18 listopada - 15 grudnia 2021 >>

Sukces tuż za rogiem

Skoro ekscytacja trwa tylko chwilę, dlaczego szefowie rozbudzają ją u swych podwładnych? Są przynajmniej trzy wyjaśnienia. Pierwsze: chodzi właśnie o tę chwilę, zwykle miesiąc lub kwartał, bo menedżerów na ogół rozlicza się z krótkookresowych wyników. Do brania nadgodzin (również bezpłatnych) łatwiej nakłonić osoby, które odmieniają przez wszystkie liczby i przypadki takie słowa jak „kariera”, „sukces” czy „proaktywność”. Sesje medytacji transcendentalnej, kursy pozytywnego myślenia i szkolenia dotyczącego uwalniania swojego wewnętrznego dziecka – każda okazja jest dobra, by przekazać uczestnikom solidną porcji indoktrynacji. Jak żartowała Corrine Meir w „Witaj lenistwo!”, antykorporacyjnym bestsellerze sprzed kilkunastu lat: „Przechodziłam coaching, team-building, e-learning – i był to zawsze ten sam totalny upierdliwing”.

Wyjazd integracyjny połączony z treningiem osobowości daje zatrudnionym zryw zaangażowania. Zwyżka formy na moment może wystarczyć do osiągnięcia wyśrubowanych norm. A że zaraz potem pracownicy opadną sił… Kto by się tym przejmował? Wymieni się ich na nowych, lepszych, jeszcze niewypalonych.

Boom na rozwój osobisty
33-55proc.

Taki odsetek Amerykanów w latach 1972-2000 kupił przynajmniej jeden poradnik motywacyjny, zaś między rokiem 1991 a 1996 prawie o 100 proc. wzrosła w USA liczba książek o tematyce samopomocowej – informuje Renata Salecl, słoweńska filozof i socjolog w książce „Tyrania wyboru”.

Drugie wytłumaczenie niezwykłej popularności motywacyjnych bzdur ma związek z religijno-sekciarskim charakterem wielu firm. Prof. David Bomley, socjolog z University of Virginia (USA), jako przykład podaje wspomnianą spółkę Amway, w której widzi rodzaj współczesnego Kościoła. Dostęp do niego mają tylko „wybrani” po „chrzcie” polegającym na wykupieniu podstawowego pakietu produktów. Dążą do „zbawienia”, którym jest sukces finansowy (obrzydliwie dużo pieniędzy). Wierzą, że tylko ich wspólnota zbuduje boski porządek – „raj na ziemi”, bo na jej czele stoi „najwyższy kapłan” charyzmatyczny CEO.

W podobnym duchu wypowiada się publicysta Jacek Żakowski, który nazywa korporacje zakonami kapitalizmu, ponieważ mają kultury organizacyjne przypominające zakonne reguły, techniki budzenia pragnień kojarzące się z ewangelizacją oraz ambicję podboju świata na miarę wielkich misjonarzy. Oczekują też żarliwej wiary, której nie powstydziliby się męczennicy i apostołowie.

Wreszcie trzeci powód, dla którego praktykuje się korporacyjne pranie mózgów – jest nim moda na rozwój osobisty, która przyszła do Polski na początku lat 90. wraz z zachodnimi koncernami. Już nie wyobrażamy sobie spełnionego życia, kariery, sukcesu bez armii doradców i mistrzów samopomocy. Spotkania z owymi guru słono kosztują, więc biorą w nich udział głównie przedstawiciele kadry kierowniczej z bogatszych firm. Kwitną jednak wydawnictwa specjalizujące się w literaturze motywacyjnej – po takie pozycje, jak „Potęga podświadomości”, „Magia bogactwa” czy „Rozwiń w sobie mózg Buddy”, chętnie sięgają studenci uczelni biznesowych, początkujący przedsiębiorcy i założyciele start-upów.

Poznacie ich po owocach

Wartości i zainteresowania psychologii popularnej już głęboko wpływają na naturę snutych przez nas opowieści o tym, kim jesteśmy i kim możemy się stać. Musimy zadać sobie pytanie, czy kiedy chłodnym okiem spojrzymy na rezultaty, spodoba nam się to, co zobaczymy.

dr Stephen Briers
psychiatra, autor książki „Psychobzdury”

Jak to możliwe, że ci na ogół twardo stąpający po ziemi ludzie dają się uwodzić szarlatanom? Naiwność dotyczy nie tylko gospodyń domowych, amatorów horoskopów w kolorowych gazetach i klientów podejrzanych salonów z używanymi autami. Skoro nawet prezydenci USA korzystają z porad wróżek, co się dziwić zwykłym zjadaczom chleba, steranych przez życie i szukających na gwałt pocieszenia? W latach 70. paru sprytnych hochsztaplerów przekonało amerykańską Centralną Agencję Wywiadowczą, że można zapuścić żurawia za żelazną kurtynę bez ruszania się z biura – z pomocą tzw. percepcji pozazmysłowej, której skuteczności nigdy w najmniejszym bodaj stopniu nie wykazano. Umberto Eco miał rację: „odgrywać rolę medium jest łatwo, ponieważ ból i łatwowierność innych pracują na twoją korzyść”.

Gaszenie ognia oliwą

Wmawianie ludziom, że dom z basenem, jacht i prywatna wyspa są w zasięgu każdego, kto wystarczająco mocno tego pragnie, wygląda na mimowolny sadyzm. Na sto osób, które słuchają takich mądrości, może kilka osiągnie sukces – reszcie pisane jest życie przeciętne lub zgoła nijakie.

Mniejsza o to, jakie idee kryją się za indoktrynacją w stylu korpo – religijne czy świeckie, ezoteryczne czy racjonalne. Ważne, że propaganda sukcesu nie działa, co najwyraźniej widać w Ameryce. Nigdzie na świecie nie ma tylu doradców, terapeutów i coachów co tam. Nigdzie też nie wydaje się tylu poradników w stylu „Od pucybuta do milionera w sześć dni – bo siódmy jest na odpoczynek”. Można by więc przypuszczać, że tamtejsze rodziny są trwalsze, stosunki w pracy – bardziej harmonijne, a przestępczość – w odwrocie. Nic bardziej mylnego.

Stany Zjednoczone, zamiast być krainą szczęśliwości, przodują w statystykach depresji, samobójstw i rozwodów. Amerykańskie więzienia są przepełnione, a ulice pełne bandziorów. Wprowadzenie na szeroką skalę publicznej edukacji seksualnej nie zdołało powstrzymać wzrostu liczby niechcianych ciąż i chorób wenerycznych.

Co do spraw zawodowych, już to sobie powiedzieliśmy: pod wpływem narracji rozwojowej pracownicy stawiają sobie zbyt duże wymagania, a to na ogół kończy się frustracją. Z jakimikolwiek problemami społeczeństwo zmanipulowane przez nieuczciwych coachów się mierzy, efekt jest odwrotny do zamierzonego. Przepisane lekarstwo tylko potęguje chorobę. Jak pisze prof. Stanislav Andreski, brytyjski socjolog polskiego pochodzenia: „Gdybyśmy zauważyli, że kiedy tylko przyjeżdżają strażacy, płomienie stają się większe, pewnie zaczęlibyśmy się zastanawiać, co takiego leją na ogień – czy czasami to nie jest oliwa”.

Rada dla menedżerów: jeżeli widzicie, że motywowanie pracowników jest jak lanie oliwy na ogień, musicie zaprotestować. I ukrócić proceder. Wśród trenerów biznesu, mentorów i coachów nie brakuje ludzi rzetelnych, odpowiedzialnych oraz brzydzących się szemranymi ideami i kłamstwem. To w ich ręce oddajcie swych pracowników.

Naukowcy niemal codziennie zarzucają nas dziesiątkami raportów, z których jasno wynika, że sztucznie rozpalany entuzjazm to droga donikąd. Z ich badań płynie klarowny przekaz: nawet jeśli propagatorzy pozytywnego myślenia chcą nam dodać skrzydeł, przestańmy ich słuchać. Przede wszystkim zaś chrońmy przed nimi swoich ludzi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane