Kulisy bankructwa SK Banku

10-02-2016, 22:00

Aż połowa kredytów wołomińskiego banku trafiła do grupy firm powiązanych z deweloperską spółką Dolcan. Chodzi o, bagatela, około 1,4 mld zł!

Dla obserwatorów rynku finansowego bankructwo SK Banku, największego banku spółdzielczego w Polsce, stanowi olbrzymie zaskoczenie. Z ustaleń wielotygodniowego śledztwa „PB” wynika jednak, że nie powinno. Zdobyliśmy dowody, że wołomińska instytucja stworzyła system, który działał na kształt swoistej piramidy finansowej — największej w historii Polski. Wcześniej czy później konstrukcja musiała runąć.

ZABRAKŁO MI CZASU:
Zobacz więcej

ZABRAKŁO MI CZASU:

Jan Bajno twierdzi, że kierowany przez niego zarząd potrzebował zaledwie około 2 miesięcy, by wprowadzić konstruktywne zmiany w kredytowaniu opisywanych przez nas firm. — Wszystkie kredyty pod konkretną inwestycję realizowaną z Dolcanem mogła przejąć jedna spółka, a inne przystąpiłyby do długu. Można było obniżyć oprocentowanie skonsolidowanego kredytu np. do 3 proc., a jego spłatę rozłożylibyśmy na dłuższy okres, w zamian otrzymując dodatkowe zabezpieczenia. To było uzgodnione, ale wszedł zarząd komisaryczny i nie mogliśmy już wdrażać tej koncepcji — mówi Jan Bajno. Marek Wiśniewski

Bank na dopingu

Od kilkunastu lat żaden bank w Polsce nie zbankrutował. Ten fakt oraz świetne wyniki, którymi od lat chwalił się SK Bank, tłumaczą zaskoczenie rynku jego upadłością. Tylko od 2010 r. do 2014 r. suma bilansowa banku wzrosła ponadpięciokrotnie — z 725 mln zł do 3,83 mld zł.

Przy stabilnych zyskach (między 5,7 a 12,4 mln zł rocznie) i systematycznie rosnącym współczynniku wypłacalności (z 10,2 proc. w 2010 r. do 13,8 proc. w 2014 r., przy ustawowym minimum 8 proc.). To ostatnie było możliwe dzięki gwałtownemu przyrostowi funduszy własnych — z 67 mln zł na koniec 2010 r. do prawie 400 mln zł cztery lata później. I tu właśnie jest pies pogrzebany.

Fundusze własne banku rosły głównie dzięki mechanizmowi wymyślonego przez jego władze jeszcze w 2007 r. tzw. wpisowego, a nie generowanym zyskom. Każdy podmiot, który brał znaczący kredyt w SK Banku, musiał wpłacić między 6 a 12 proc. wartości pożyczki. Tylko w 2013 r. zwiększyło to fundusze banku o prawie 65 mln zł, a rok później — o 102,5 mln zł.

To dzięki temu wołomińska instytucja mogła zaoferować klientom indywidualnym znacząco wyższe niż na rynku oprocentowanie depozytów, a za pozyskane w ten sposób pieniądze szybko zwiększać akcję kredytową. Proces sam się napędzał i trwałby w najlepsze, gdyby nie to, że — jak wiadomo — drzewa do nieba nie rosną. A wymaganie od kredytobiorców rentowności na poziomie nawet ponad 20 proc. (do wpisowego trzeba przecież doliczyć oprocentowanie, przekraczające 10 proc.) było z góry skazane na klęskę. Nawet jeśli w dużej części byli to kredytobiorcy dobrze znani — i sobie nawzajem, i SK bankowi…

Sky is the limit

Zgodnie z prawem, bank nie może pożyczyć jednej grupie podmiotów powiązanych więcej niż równowartości 25 proc. funduszy własnych. W przypadku SK Banku limit koncentracji wynosił więc niecałe 100 mln zł i — jak zapewniał zarząd — nigdy nie był przekroczony.

Z naszych ustaleń wynika jednak, że grupa kilkudziesięciu firm, powiązanych z Dolcanem, znanym warszawskim deweloperem, pożyczyła z wołomińskiej instytucji około 1,4 mld zł, czyli połowę całego portfela. Tak liczony wskaźnik koncentracji przekraczał więc limit piętnastokrotnie!

— Spółki kredytowane w związku z inwestycjami Dolcanu nie miały ze sobą formalnych powiązań. Wobec tego nie stanowiły grupy kapitałowej, tylko realizowały wspólne przedsięwzięcia gospodarcze. I tak to traktowaliśmy — tłumaczy Jan Bajno, od 1989 r. do sierpnia 2015 r. prezes SK Banku. I rzeczywiście — formalnie do grupy Dolcanu należy tylko kilkanaście spółek, a ich zaangażowanie kredytowe w SK Banku jest stosunkowo niewielkie.

Po przejrzeniu akt rejestrowych ponad 50 innych firm „PB” bez problemu ustalił jednak ich wielorakie powiązania z Dolcanem. Ustaliliśmy także, że tylko od 2007 r. SK Bank udzielił im ponad 100 kredytów, przy czym w każdym roku ich łączna wartość stanowiła co najmniej 1/3 wszystkich udzielanych przez bank pożyczek.

 

 

Powiązani na dobre

Powiązań, których nie zauważał bank, było bez liku. Udziałowcami, prezesami bądź prokurentami samoistnymi tych spółek w większości byli i są obecni lub byli pracownicy Dolcanu oraz członkowie jego organów, a także ich rodziny. Część firm została założona przez Dolcan i do momentu uzyskania kredytów w SK Banku była przez niego finansowana. A to dopiero początek.

Kredyty tych firm były i są zabezpieczone hipotekami na nieruchomościach grupy Dolcan oraz cesjami należności z zawartych z nią umów pożyczek lub przelewu wierzytelności oraz kontraktów na roboty budowlane i wykończeniowe. SK Bank w ramach umów kredytowych z firmami rzekomo niepowiązanymi z Dolcanem uzyskiwał też pełnomocnictwa do rachunków spółek dewelopera.

Wszystkie wzajemnie pożyczały też sobie pieniądze, poręczały kredyty i udzielały gwarancji, handlowały między sobą nieruchomościami, a codziennością było płacenie za siebie przekazami, zamienianymi z automatu na pożyczki.

To nie koniec. Większość z prześwietlonych przez „PB” firm mieściła się pod adresami, które łatwo można było połączyć z deweloperem, wszystkie obsługiwał notariusz obsługujący też Dolcan, powtarzały się też osoby będące pełnomocnikami do ich rachunków. Księgi spółek prowadziły te same biura podatkowe lub Dolcan Sport, a sprawozdania zarządów za kolejne lata pisano według szablonu obowiązującego w grupie Dolcan, zmieniając tylko pojedyncze słowa czy zdania. Ustaliliśmy przy tym, że w niektórych przypadkach w tychże dokumentach pojawiały się błędne informacje o wynikach firm, ich właścicielach czy członkach władz, co każe podać w wątpliwość, czy formalni prezesi spółek rzeczywiście sami pisali sprawozdania.

Kredytowe spirale

Zdaniem Komisji Nadzoru Finansowego, jest oczywiste, że przy tak głębokich powiązaniach problemy jednych firm-kredytobiorców mogły wpływać na inne. I tak rzeczywiście było. Z około 70 prześwietlonych przez nas firm już na koniec 2014 r. (ostatnie dane dostępne w Krajowym Rejestrze Sądowym) aż ponad 40 miało ujemne kapitały własne (na łącznie ponad 200 mln zł!) i musiało na walnych przegłosowywać uchwały o dalszym istnieniu. Większość była kredytobiorcami SK Banku, a reszta — związana z nimi różnymi umowami.

Co istotne, firmom powiązanym z Dolcanem SK Bank standardowo udzielał kredytów z balonową ratą, czyli niską spłatą przez pierwsze lata i potężną na koniec. W przypadku działalności deweloperskiej to zrozumiałe, ponieważ inwestor dopiero po sprzedaży mieszkań uzyskuje zwrot nakładów. Tyle że w przypadku SK Banku większość kredytów spłacano… zamieniając je na większe.

Firmy oczywiście dopłacały przy tym wpisowe, co pozwalało bankowi zwiększać fundusze własne i udzielać jeszcze więcej kredytów. Niebezpieczny mechanizm działał jak perpetuum mobile. Z ustaleń „PB” wynika, że tylko w kilku ostatnich latach grupa firm powiązanych z Dolcanem zapewniła SK Bankowi wzrost kapitałów własnych o około 100 mln zł! To może tłumaczyć, dlaczego tak lekką ręką bank udzielał im kredytów.

Przykłady? Niejaka firma Argos już w 2008 r. miała ujemne kapitały własne, a mimo to uzyskała z SK Banku 11 mln zł trzyletniego kredytu. W 2011 r. spłaciła go z kolejnego, dwuletniego, o wartości 17 mln zł. Co się stało w 2013 r.? Oczywiście doszło do spłaty, dzięki kolejnemu kredytowi, na 28 mln zł. Takich przypadków było więcej. Firma System, według tego samego scenariusza, wzięła kredyty za 11 mln zł, 17 mln zł i 26,2 mln zł. Na koniec 2014 r. pierwsza ze spółek miała ujemny kapitał własny wysokości 11,9 mln zł, druga — 10 mln zł.

Miliony dla start-upów

Problemy tego typu kredytobiorców, wynikające z niemożności realnego obsługiwania tak drogich pożyczek, wymuszały powoływanie nowych firm. Dolcan finansował ich start, a one składały wnioski o kredyt. Od pewnego momentu większość nie deklarowała już przy tym działalności budowlanej czy deweloperskiej, ale finansową. Niespecjalnie skomplikowaną. Pożyczały z SK Banku np. 26 mln zł, płaciły 2 mln zł wpisowego, a resztę pożyczały dalej, innym spółkom z grupy. Przy okazji w ten prosty sposób obchodzono limity koncentracji branżowej.

SK Bankowi taki system nie przeszkadzał. Lekką ręką dawał kilkudziesięciomilionowe kredyty firmom dopiero co powołanym, dysponującym minimalnym kapitałem 5 tys. zł.

Przykłady można mnożyć. 29 kwietnia 2014 r. powstaje firma Konbo, której prokurentem samoistnym jest Dariusz Zawadzki, członek zarządu i dyrektor działu prawnego Dolcanu Plus (DP, operacyjna spółka matka grupy). Już 7 lipca 2014 r. Konbo dostaje 57,4 mln zł kredytu, poręczonego hipotecznie przez DP. Płaci 6 mln zł wpisowego, a resztę pożycza, głównie… DP.

Dziewięć dni później niż Konbo, 8 maja 2014 r., powstaje Altrix. Już 29 sierpnia 2014 r. SK Bank udziela mu kredytu na 49,9 mln zł, także poręczonego hipotecznie przez DP. Altrix opłaca wpisowe (2,6 mln zł), a resztę pożycza… tak, tak — DP. Obie pożyczki dla DP są oprocentowane na 16 proc., czyli wyżej niż kredyty z SK Banku.

Przekrętów nie było

To nie jest jednak standardem. W wielu przypadkach spółki z grupy pożyczały bowiem sobie pieniądze taniej (np. na 6 proc.), niż same pożyczyły je od banku! Nic dziwnego, że ich kondycja w większości jest katastrofalna — zwłaszcza że poza posiadaniem minimalnego kapitału (5 tys. zł) zazwyczaj nie mają żadnych środków trwałych, takich jak choćby nieruchomości.

— Zarząd nie analizował bezpośrednio wniosków kredytowych. Oceniały je zespoły ryzyka w oddziale, potem w centrali. Moim błędem było może zbyt duże zaufanie do umiejętności niektórych pracowników — komentuje dziś Jan Bajno, były wieloletni prezes SK Banku.

Jak twierdzi, teza, że SK Bank działał jak swoista piramida, jest absolutnie nieprawdziwa i krzywdząca, bo bank „osiągał przecież wymierne sukcesy w rozwoju działalności, zanim został ustanowiony zarząd komisaryczny”. Ten rozwój przekładał się na wynagrodzenia władz banku. Jeszcze w 2010 r. zarząd zainkasował za swoją pracę niecałe 2,5 mln zł, w 2012 r. ponad 4 mln zł, a w 2014 r. już 5,3 mln zł.

— Nikt nie wyprowadzał kredytów poza bank, nie było korzystania z tzw. słupów czy innych przekrętów. Przeciwnie — dobra kondycja SK Banku opierała się na długoletnim zaufaniu naszych klientów. Wskazuje na to rozwój firm, które współpracowały z bankiem — przekonuje Jan Bajno.

Miliony dla skazanych

Jego słowa nie wytrzymują zderzenia z rzeczywistością. Nasze śledztwo pozwoliło na ustalenie, że w niektórych przypadkach wysokie kredyty brały spółki, w których działali… przestępcy. W 2011 r. SK Bank pożyczył 17,1 mln zł firmie Lupus Dom, której udziałowcem i prezesem była Jolanta B., skazana prawomocnie za podrabianie dokumentów, poświadczanie nieprawdy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej i przywłaszczenie mienia znacznej wartości.

Natomiast w 2013 r. kredyt wart 35 mln zł zainkasowała spółka Hortis Development, której prezesem i właścicielem był Artur Z., skazany prawomocnie za przyjęcie łapówki. Oboje do dziś są właścicielami obu spółek, a one same mają ujemne kapitały własne i duże kredyty do spłaty (na koniec 2014 r. odpowiednio 38,2 mln zł i 35 mln zł).

Symbiozę, w której dzięki mechanizmowi wpisowego funkcjonowały SK Bank i Dolcan, dobrze obrazują całe serie kredytów, brane przez powiązane z deweloperem firmy. I tak np. w okresie od 11 października do 4 listopada 2013 r. grupa, o której piszemy, wzięła pięć kolejnych kredytów (o numerach od 35/2013 do 39/2013) na ponad 90 mln zł.

Natomiast w kwietniu 2011 r. w ciągu kilku dni dwa kredyty o kolejnych numerach 13/2011 i 14/2011 wzięły spółki Rywal i Gama. Oba miały wartość po 13,1 mln zł i oba zabezpieczone były hipotekami na tej samej nieruchomości należącej do jednej ze spółek Dolcanu.

Najciekawsze jest jednak to, że prezesem obu był ówcześnie Rafał S., były zastępca dyrektora ds. inwestycji w Dolcanie, a jednocześnie… członek rady nadzorczej SK Banku. To niejedyne związki banku z grupą Dolcanu.

Przeglądając księgi wieczyste nieruchomości, będących zabezpieczeniem kredytów, ustaliliśmy, że część z nich należała kiedyś do… SK Banku, który je przejął od innych podmiotów za niespłacone kredyty. Potem, w ciągu 5 lat, musiał je sprzedać. I tu z pomocą przychodziły firmy powiązane z Dolcanem. Niektóre z działek nawet kilkakrotnie przechodziły z rąk banku do spółek z grupy i z powrotem.

Uwagi biegłych? Nieważne

Korzystanie z tak wielkiej liczby spółek przez Dolcan było korzystne z jeszcze jednego punktu widzenia: w większości przypadków pozwalało na unikanie obowiązku badania sprawozdań finansowych firm przez biegłych rewidentów.

Samodzielnie nie spełniały bowiem one wymogów w tym zakresie, tak w zakresie przychodów (minimum 5 mln EUR), jak liczby pracowników (co najmniej 50 osób). Większość firm działała na mniejszą skalę i zazwyczaj nie zatrudniała nikogo, ewentualne prace zlecając podwykonawcom zewnętrznym. Kilka firm — kredytobiorców musiało się jednak poddać badaniom.

Biegły pisał wtedy m.in. o „występowaniu istotnego problemu rentowności i płynności finansowej” oraz o tym, że dana spółka „nie tworzy rezerw lub formalnie nie zabezpiecza ryzyka usług robót budowlanych”. Przede wszystkim zaś o tym, że „przy minimalnym kapitale podstawowym sytuacja gospodarcza spółki jest ryzykowna, ponieważ podstawowymi pozycjami aktywów i pasywów są należności i zobowiązania z tytułu pożyczek i kredytów”.

Biegły zwracał też uwagę, że „poważnym problemem działalności spółki, ekonomicznie nieracjonalnym, są pożyczki udzielone przez spółkę dla innych jednostek i pożyczki, które zostały udzielone spółce przez inne jednostki”. Spółki z takimi uwagami biegłych wciąż jednak były klientami SK Banku. I brały kolejne kredyty.

Życzeniowe wyceny

Tak jak wspomnieliśmy, pożyczki zabezpieczane były głównie na nieruchomościach należących do grupy Dolcanu, na których prowadzono inwestycje deweloperskie. Wyceniano je metodą dochodową, co słabo korelowało z rzeczywistymi przychodami z poszczególnych inwestycji, na które bardzo negatywnie wpływały gigantyczne opóźnienia w realizacji.

Na bilansie banku są m.in. kilkusetmilionowe kredyty na inwestycję na warszawskiej Białołęce, wycenianą w SK Banku na około 0,5 mld zł. Problem w tym, że od wielu miesięcy wybudowane mieszkania nie mogą zostać oddane do użytku ze względu na liczne problemy, m.in. z doprowadzeniem mediów i uregulowaniem spraw związanych z podziałem geodezyjnym.

To m.in. dlatego ta nieruchomość, na której hipoteki grubo przekraczają 300 mln zł, na zlecenie zarządu komisarycznego została ponownie wyceniona — tym razem na 90 mln zł. Urealnienie wartości zabezpieczeń i ponowna ocena ryzyka kredytowego przez biegłych z KPMG sprawiły, że bank odpisał aż 1,44 mld zł z około 2,8 mld zł należności. W rezultacie wykazał stratę wysokości 1,6 mld zł i zbankrutował. Co na to były szef SK Banku?

— W każdym banku istnieje ryzyko. Braliśmy pod uwagę, że na złych kredytach możemy stracić od 100 do 200 mln zł, co nie pogarszało znacząco stanu zysków. Ale nie można mówić o stracie w wysokości 1,44 mld zł, jaką odpisał zarząd komisaryczny. Gdy pracował zarząd powołany przez radę nadzorczą, żadne zagrożenie utraty płynności nie istniało — przekonuje Jan Bajno. Czy ma rację, rozstrzygnie wynik postępowania upadłościowego SK Banku i śledztwa, jakie od marca 2015 r. prowadzi Prokuratura Apelacyjna w Warszawie.

 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu