Parabankowa paranoja

Jak tak dalej pójdzie KNF weźmie pod kuratelę lombardy i pożyczki sąsiedzkie, żeby społeczeństwo nie wpadło w „pętlą zadłużenia”. Strach ma wielkie oczy.

W piątek na czołówce „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł „W matni parabanków”, o tym, jak to ludzie bez pamięci zadłużają się w firmach pożyczkowych. Materiał oparty jest na raporcie ekspertów Finanasowysuprmarket.pl, do „którego dotarła „Rzeczpospolita”. Chwała autorce za ten wyczyn. Podejrzewam, że po prostu dostała mejlem materiał od PR-wca serwisu. O tym w jaki sposób umieszcza się takie teksty w prasie pisałem już raz właśnie przy okazji Finansowegosupermarketu (Rzeczpospolita ekspertów i pseudoekspertów). Widzę, że wrzutka PR-owa udała się po raz drugi.

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ten cały Supermarketfinansowy to jest w ogóle PR-owski projekt, przykład doskonały, jak zrobić sobie darmową reklamę w ogólnopolskiej gazecie. Cały dorobek analityczny ekspertów serwisu, który zdaje się żyje z pozyskiwania leadów dla banków, czyli kontaktów do osób, zainteresowanych zaciągnięciem kredytu, to dwa raporty: „Rynek parabanków po I kwartale 2012 r.” z 4 lipca tego roku i późniejszy o przeszło dwa tygodnie „Najmując zaoszczędzimy nawet 1.200 zł”.

Tak wygląda prawdziwy parabank

 

Zajrzałem do analizy o parabankach, podpisany: „Zespół Finansowy Supermarket”. Raport liczy dwie wordowskie strony tekstu, w którym czytam, że parabanki pożyczyły w I kwartale tego roku 650 mln zł, czyli o połowę więcej niż przed rokiem. Skąd te dane? Nie wiem, bo raport nie został opatrzony żadnymi przypisami. Dalej czytam, że największym graczem na tym rynku jest Provident, który chociaż utrzymuje wysoką dynamikę sprzedaży – około 20 proc. rok do roku, traci udziały w rynku. Skąd oni wzięli te 20 proc. skoro IPF, spółka matka Providenta, podaje, że w I kwartale udzielił on o 16 proc. więcej kredytów niż w 2011 r.?! Mniejsza z resztą o to, ale skoro lider, odpowiadający za 90 proc. rynku zwiększył sprzedaż niech będzie o 20 proc., to jak wolumen całej branży mógł powiększyć się aż o połowę?

Dalej Zespół Finansowego supermarketu pisze, że lider traci udziały, ponieważ pojawiają się nowi gracze, którzy szybko zdobywają rynek. „Przykładem może być firma SMS Kredyt, która w 1 kwartale 2012 r. udzieliła kredytów na kwotę 4,8 mln zł co daje wzrost o 240 proc. w porównaniu do roku poprzedniego” – piszą eksperci. Z całym szacunkiem, ale kudy SMS Kredyt do Providenta? Toż to mrówka przy słoniu. Co to jest te kilka milionów złotych kwartalnie? Zespół podaje też przykład Optimy z Trójmiasta oraz Marki, firm nieznacznie tylko większych od SMS Kredyt, notujących dość wysokie dynamiki sprzedaży, ale w obydwu przypadkach przyrost biznesu jest m.in. efektem terytorialnej ekspansji. Trzeba dodać, że Provident w II kwartale odnotował spadek tempa sprzedaży i w I półroczu udzielił o 10 proc. więcej pożyczek niż w 2011 r., czyli utrzymał średni poziom z ostatnich lat, zatem teza o boomie pożyczkowym sypie się jak domek z kart.

Dla Zespołu wysokie dynamiki to dzwonek alarmowy, że ludzie zaczynają się zadłużać ponad miarę, co „może grozić koleją bańką kredytową i powrotem problemu przekredytowania klientów. Dziać się tak może właśnie przez proces udzielania coraz większych kredytów. Alarmujący jest akt, że instytucje te nie ujawniają i nie wymieniają informacji o zadłużeniu (banki mają BIK), a to powoduje, że klienci mogą brać pożyczki w kilku instytucjach na raz, a nawet spłacać starą pożyczkę zaciągając nową na wyższą kwotę”.

Chwalebna jest troska Zespołu oraz wszystkich innych ostrzegających ostatnio przed parabankami o nieszczęsnych dłużników, którzy bez nadzoru KNF pójdą wnet z torbami. Uporządkujmy jednak fakty. Zacznijmy od tego, co to jest parabank i czy można Amber Gold et consortes wrzucić do tego samego worka co powiedzmy Provident? Otóż nie można. Gdańska piramida brała od ludzi pieniądze mamiąc ich zyskami.  Co potem z nimi robiła to już ustali prokurator mam nadzieję. Wiadomo jednak, że pod sam koniec swojej działalności udzielała też pożyczek „ostatniej szansy” dla przedsiębiorców. Zachowywała się więc jak bank: brała pieniądze i pożyczała pieniądze, ale nie była bankiem, bo nie miała licencji KNF wiec można powiedzieć, że to klasyczny parabank.

Spójrzmy teraz na model finansowy Providetna i innych firm pożyczkowych. Biorą własne pieniądze i pożyczają często na horrendalnie wysoki procent. Podkreślam, ryzykują własne pieniądze, inwestorów, akcjonariuszy, a nie zwykłych ciułaczy. Możliwe, że są samobójcami i udzielają pożyczek komu popadnie, pompują bańkę pożyczkową i trzeba bić na alarm, żeby Polacy nie wpadli w spiralę zadłużenia. Zakładam jednak, że chociaż nie mają dostępu do bazy BIK (pośrednio mogą jednak do danych biura zaglądać), to nie rozdają swoich pieniędzy, tak jak nikt rozsądny nie pożyczy grosza przypadkowo spotkanej osobie na ulicy.

Jaś od chwilówek. Reklama dźwignią handlu...

Nie chciałbym uchodzić za piewcę firm pożyczkowych, wolałbym nie być ich klientem, ale nie dajmy się zwariować i nie straszmy nimi dzieci, domagać się kontroli nadzoru, bo doprowadzimy do sytuacji, że KNF zajmie się lombardami i pożyczkami sąsiedzkimi. Ludzie, z różnych względów potrzebują szybkich pieniędzy, których w bankach, też z rozmaitych powodów, nie dostaną. Z usług firm pożyczkowych korzystają nie tylko ludzie zepchnięci na margines, którzy lichwiarzom oddają ostatni wdowi grosz. Po szybko pieniądz sięgają rozmaici ludzie. Często tacy, którzy dostaliby kredyt w banku. Sam znam historię emerytowanego majora lotnictwa, który kiedyś spóźnił się z jedną ratą w banku, trafił do BIK i kiedy chciał zaciągnąć kolejny dług został odprawiony z kwitkiem. Pilnie potrzebował pieniędzy więc poszedł do Providetna i stał się jego stałym klientem, nie wiedząc, że sprawę w BIK można odkręcić.

Niedawno rozmawiałem z szefem jednej z firm pożyczkowych, który przekonywał mnie, że po szybki pieniądz sięgają drobni przedsiębiorcy, którzy potrzebują płynności, np. na kupno towaru. Choć banki opowiadają jak to są otwarte na mały biznes, to w rzeczywistości sprowadza się to do otwarcia drogiego rachunku firmowego, który niczym właściwie nie różni się od konta osobistego, a kosztuje jakby klient dostawał nie wiadomo co. O kredycie w rachunku taki przedsiębiorca może zapomnieć. Inna sprawa, że część z nich działa w szarej strefie, inni tak prowadzą księgowość, że wykazują straty, albo minimalny zysk. Nic dziwnego, że w banku na kredyt liczyć nie mogą. Firma pożyczkowa nie wnika tak głęboko jak bank w rachunkowość, zresztą nie udziela kredytu inwestycyjnego, ale szybkiej pożyczki, którą klient spłaca czasem po kilku dniach.

Biznes pożyczkowy dla firm to w ogóle może być ciekawy rynek. W Stanach doskonale rozwija się od kilku lat i choć jest wciąż niewielki powoli staje się alternatywą dla banków. W Polsce na ten teren stopniowo wkracza Profi Credit, drugi po Providencie dostawca szybkich pożyczek. Ostatnio pojawiły się plotki, że jeden z potężnych inwestorów prywatnych chce wejść kapitałowo do firmy specjalizującej się w pożyczkach dla przedsiębiorców.

Na razie rynek znajduje się jeszcze w początkowym stadium rozwoju. Całe to bicie w bęben na trwogę w sytuacji, gdy rynek pożyczkowy wart jest zaledwie 2,3 mld zł (według danych z prospektu Everest Finance), podczas gdy długi osób fizycznych w bankach z tytułu pożyczek gotówkowych, ratalnych, kart kredytowych to 140 mln zł do czego godziłoby się jeszcze dodać kilkadziesiąt miliardów zaciągniętych z tytułu pożyczek hipotecznych. W Polsce biznesu pożyczkowy nie rozwinął się na większą skalę, ponieważ nie było dla niego miejsca. Rynek opanowały banki, przy okazji przejmując całe ryzyko kredytowe na siebie. Efekt? W czasie kryzysu na początku lat 2000 r. straty sektora bankowego na kredytach konsumenckich wynosiły 25 proc. Co czwarty kredyt nie został spłacony. W kryzysie 2008-09 banki odpisały niemal 20 proc. szybkich kredytów. Kilka banków, gdyby nie pomoc zagranicznych spółek-matek, stała się w praktyce bankrutami. Odpisy na stracone kredyty, pożyczane wcześniej lekką ręką, sięgały grubo ponad pół miliarda złotych w jednym roku. A mówimy nie o dużych bankach, ale zawodnikach wagi lekkiej, z drugiej dziesiątki.

Na koniec dnia okazuje się, że wynik kontrolowanych przez nadzór banków był tylko niewiele lepszy niż np. Providenta, w którym odsetek niespłacanych pożyczek wynosi około 30 proc. Tyle tylko, że takie straty wpisane są w model biznesowy, a poza tym on pożycza swoje pieniądze – inwestorów, akcjonariuszy – a banki „nasze”, deponentów, którzy powierzyli im swoje oszczędności.

Być może wcale nie tak źle się stało, że część pożyczkobiorców przeszła z rynku bankowego do pożyczkowego, ponieważ wraz z nimi z banków została zdjęta spora część ryzyka systemowego. Czy zostanie ono przeniesione do parabanków? Być może, w każdym razie ewentualne straty nie pójdą na rachunek właścicieli lokat, ale prywatnych firm. Czy państwo powinno w związku z tym umyć ręce? Na pewno nie, ale czy powinno wziąć pod kuratelę shadow banking też mam wątpliwości, chociażby dlatego, że nadzór urósłby do jakichś monstrualnych rozmiarów. Mamy już zresztą instytucje do ochrony praw zbiorowych praw konsumentów – UOKiK – mamy ustawę o kredycie konsumenckim, które pewne rygory nakłada na firmy pożyczkowe. Potrzebna jest jeszcze kampania edukacyjna uświadamiająca ludziom czym jest bank, czym parabank, czym firma pożyczkowa. Dziwię się, że w KNF nie zapaliło się czerwone światło, kiedy zimą tego roku komisja dostała do ręki badania Pentora, z których wynikało, że Polacy taką samą estymą i zaufaniem darzą banki i parabanki i właściwie nie widzą różnicy między jednymi i drugimi. Po sprawie z Amber Gold brzmi to jak gorzkie memento.

Na fali strachu przed firmami pożyczkowymi próbują wypłynąć banki, które ustami szefa Związku Banków Polski, na każdym kroku przypominają, że ludzi w ręce lichwiarzy   wypchnął sam nadzór, zaostrzywszy ponad miarę warunki kredytowe. Z pewnością bankom odpadł kawałek biznesu, ale czy rzeczywiście mają powód by rozdzierać szaty? Całe to narzekanie na rekomendacje KNF jest śmieszne, kiedy zagłębić się w ich treść. Rekomendacja T, która tak uwiera banki, to właściwie elementarz jak bank powinien szacować ryzyko kredytowe. Wstyd, że nadzór o dobrych praktykach musi przypominać. Kolejna sprawa to słynny wskaźnik zadłużenia do przychodów klienta, ustalony na poziomie 50 proc. i 60 proc. dla osób z ponadprzeciętnymi zarobkami. Czy to rzeczywiście aż tak bolesne, że nadzór zakazał udzielać kolejnego kredytu komuś, kto zarabiając 2 tys. zł na utrzymanie wydaje 1,2 tys. miesięcznie? Pamiętajmy, że banki pożyczają pieniądze swoich deponentów, a nie własne, jak firmy pożyczkowe. Przykład tzw. przekredytowanych, czyli osób, które zaciągnęły ponad 10 kredytów pokazuje, że potrafią rozdawać kredyty bez opamiętania. Dzisiaj takich osób jest ponad 100 tys. a ich zadłużenie przekracza 16 mld zł. To ponad siedem razy więcej niż długi w firmach pożyczkowych. Według BIK, 70 proc. multikredytobiorców nie spłaca przynajmniej jednego kredytu. Gazety biją na alarm przed groźbą bańki kredytowej na rynku firm pożyczkowych, podczas gdy wielki balon przekredytowanych od czterech lat (wtedy po raz pierwszy zjawisko zostało zidentyfikowane) istnieje w regulowanym, kontrolowanym przez nadzór systemie bankowym.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: eugeniusz twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Parabankowa paranoja