Przepis na powidła barbarowe

Weronika A. Kosmala
05-06-2018, 22:00

Będą słodkie, ale z kroplą słonej wody — z rozpalonej skóry albo z morza. Sezon na Barbary otworzą wystawa i dwie aukcje z progiem od 100 zł.

Tej nocy inwestor śnił, jak odkrywa niedoszacowane baśniowe dobra o płynnych, zapraszających formach — nieskażone popytem, który musiał się zagapić, oglądając klucz ryb, bezgłośnie przepływających pomiędzy chmurami. Księżyc zuchwale przeglądał się w ich łuskach, kiedy inwestor przebudził się na głuchy dźwięk zrzuconej poduszki. Dobrze, że nie była z porcelany — pomyślał, a jego refleksja była już bystro przytomna, bo stołeczny rynek sztuki właśnie tak delikatnymi materiałami spełni niebawem rojenie o odkrywaniu niedocenionych jeszcze dzieł. Jako pierwsza z mgły wysunie się chłodna w dotyku, porcelanowa rzeźba pościeli uznanej już Barbary Falender, którą 11 czerwca będzie można licytować w domu Antiqua et Moderna. W środę 13 czerwca sen nocy letniej dopełni się — wystawą i aukcją Artissimy, która odsłoni przed kolekcjonerami zapomniany dorobek Barbary Jonscher, ze stadem frunących koni, ciężkich ptaków i wielkich ryb, które w smutnych wypukłych oczach zmieściłyby całe jeziora.

RYBA W
ŚMIETANIE:
Wyświetl galerię [1/2]

RYBA W ŚMIETANIE:

W domu Barbary Jonscher mieszała się prawdziwa kulturowa śmietanka — Białoszewski, Iwaszkiewicz, Rubinstein. „Ryba II” malowana tuszem na papierze ma w Artissimie cenę 3,7 tys. zł. Fot. Artissima

Konie kraść

Kiedy na prace artysty prawie nie ma jeszcze rynku, zawsze może za nimi stać mniej utalentowana ofiara własnych natchnień, która nigdy nie zdoła uwrażliwić kolekcjonerów na sobie tylko znaną poetykę — autor mdłych morskich pejzaży czy parkowych alejek w niestrawnym zestawie jesiennych farb. Przewrotność rynku sztuki polega jednak na tym, że przeciętność rodem z bramy czasem szybciej rozczuli oko entuzjasty miłych widoków, niż dorobek głęboki jak studnia i bogaty jak sad latem, ale całkowicie nierozpoznawalny.

Barbara Jonscher już od początku nie zapowiadała się — jak pisał Zygmunt Kałużyński — „jako ornamentator saloników neo-mieszczuchów”, a zamiast tego podejmować miała ton eleganckiego, wewnętrznego liryzmu, znacznie bliższego nowoczesnemu pięknu. Inwestor słyszał już takie czarowanie w bramie? Bardzo prawdopodobne, tyle że w bezkresnym morzu pustych ckliwostek Barbara Jonscher nie zanurzyłaby nawet stopy — malowała czule, ale jej nastrojowość nie zamykałasię w parze delfinów na tle zachodzącego słońca, tylko w łagodnie opuszczonych łbach koni, nastroszonych ptasich piórach i rozwichrzonych, jakby przedburzowych widokach pola. Umiejętnie zarysowane na papierze, kosztują teraz poniżej 5 tys. zł, podczas gdy kilkadziesiąt lat temu trzęsły się od oklasków na wernisażach albo nasiąkały rozlaną kawą, jak wszystkie dzieła, drukowane z rozmachem w prasie.

— Dziś Barbara Jonscher jest wielką zapomnianą. Jej twórczość na stałe wpisała się w historię sztuki polskiej drugiej połowy XX wieku, jednak — jak w przypadku wielu artystek z jej pokolenia — i jej nazwisko jest rozpoznawane tylko przez nielicznych, zaś prace nieczęsto opuszczają muzealne magazyny. Niewątpliwie jest kwestią czasu, kiedy powstanie biografia tej znakomitej artystki, a wtedy zainteresowanie jej twórczością wśród kolekcjonerów zdecydowanie wzrośnie — komentuje dr Monika Bryl z Artissimy, w której podczas wernisażu obędzie się charytatywna aukcja mniejszych prac autorki z progiem od 100 zł.

Dochód wesprze przedstawionych — tych w futrach i piórach, chociaż raczej nie boa.

Zmień pościel

W przeciwieństwie do poetycznych rysunków tuszem Barbary Jonscher, słodko-ostre rzeźby Barbary Falender wdarły się z impetem pulsującej krwi w świadomość kolekcjonerów, wciąż pozostając jednak dziedziną, dla której rynek jest mniej wygodny niż dla dwuwymiarowego malarstwa. Jej przestrzenne formy nigdy nie będą bezpieczną dekoracją tych „saloników neo-mieszczuchów”, które zdobi się widokiem na ścianę, stosownym do gamy gustownych szarości kanapy. Kiedy rzeźba ma tytuł „Poduszka erotyczna”, nie może pasować do boleśnie nudnej aranżacji, a jeśli przedstawia jeszcze zwartych w chłodnej porcelanie kochanków, nie powinna być już nawet oglądana, tylko podglądana łakomymi oczami.

Ograniczając się do części najbardziej intymnych, Barbara Falender utworzyła skrót gorących myśli, przypominający jednocześnie pachnącą policzkami formę, która zostaje na poduszce po podniesieniu głowy. Akt w kruchym, białym materiale licytowany będzie w Antiqua et Moderna od 20 tys. zł, przy czym podobnych poduszek dotykać można w karraryjskim marmurze, brązie, a nawet epoksydzie, który w latach 70. był równie magiczną tajemnicą, co baśniowy świat Barbary Jonscher dzisiaj. Barbara Falender eksperymentowała z tworzywami i ze skostniałą pruderią, bo nieskrępowanie zmysłowe rzeźby powstawały w końcu w siermiędze minionego ustroju, kiedy obyczajowa rewolucja wymykała się dopiero zza sypialnianych drzwi na ulice.

Kiedy artystka zza żelaznej kurtyny wyjechała na plener do słynącej z nieskazitelnie zimnego kamienia Carrary, nie było jej nawet stać na marmurowe bloki, więc przebierała dłońmi w odpadkach. Nie dla gorszącego skandalu ani dla szczegółowo wykalkulowanego manifestu — jak twierdzi autorka, wyrzeźbiła po prostu to, co uznała za ważne. Rzeźby intensywne jak tętno i rysunki jak tomiki poezji będą więc w poniedziałek i środę okazjami do poznania Barbar — a delfinim parom o zachodzie słońca i masowo mazanym jesiennym alejkom w parkach niech tymczasem dalej patronuje Barbie. Lokata w odniesieniu i do depozytu, i włosów, ale tania na zawsze.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Przepis na powidła barbarowe