Rynek integracji zdominowały rodzime firmy

Kamil Kosiński
16-07-2001, 00:00

Rynek integracji zdominowały rodzime firmy

Pojawienie się kontraktów typu green field to cecha charakterystyczna zaobserwowana w sektorze usług integracyjnych w 2000 roku. Ciągle nie realizuje się kontraktów związanych z CRM i SCM. Potencjał poszczególnych grup dostawców tego typu usług pozostał też właściwie nie zmieniony. Dominują firmy polskie, a ich zachodni konkurenci mogą mówić o sukcesie, gdy zmieszczą się w pierwszej dziesiątce.

Polski sektor usług integratorskich zdominowały trzy firmy: Prokom Software, Computerland i Softbank. Ten pierwszy prowadzi stosunkowo mało projektów, jednak ich wielkość (ZUS, Warta, PZU) od kilku lat pozwala mu być niekwestionowanym liderem branży. Pozostałe dwie z wymienionych firm choć wyraźnie dystansują konkurencję, to w różnych rankingach wymieniają się tytułem wicelidera. Zorientowanie się w potencjale innych firm świadczących usługi integratorskie jest praktycznie niemożliwe. Dla poprawienia swojego wizerunku wiele firm zajmujących się tego typu usługami zalicza bowiem do nich przychody z zupełnie innych typów działalności. Dodatkowo, autorzy raportów branżowych zamieszczają w nich informacje sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Przykładem może być raport Teleinfo 500, który w pierwszej dwunastce lokalnych integratorów sklasyfikował takie firmy, jak SAP Polska i IFS Poland. Każdy, kto ma choćby niewielkie pojęcie o sektorze IT wie, że firmy te integracją się nie zajmują, a głównym obszarem ich aktywności jest sprzedaż własnego oprogramowania klasy ERP. Wspomniany raport przypisuje tymczasem pochodzenie 100 proc. ich przychodów kontraktom integratorskim, czemu zaprzeczają sami zainteresowani.

— Informacje podane w Teleinfo 500, odnośnie do kontraktów integracyjnych SAP, są przekłamane. Integracją jako taką się nie zajmujemy. Kilka razy w naszej historii zdarzyło się nam, co prawda, podpisać umowy na dostawę wraz z oprogramowaniem całej potrzebnej dla jego funkcjonowania infrastruktury, ale były to jednostkowe przypadki wynikające z oczekiwań klientów — podkreśla Renata Szymańska, dyrektor ds. marketingu w SAP Polska.

Obcy w Polsce

Bez podobnych przekłamań zagraniczne firmy nie mają szans na zaistnienie w czołówce spółek integratorskich działających na polskim rynku. Pod tym względem niewiele się zmienia od lat. Przyczyny tego stanu rzeczy trudno jednoznacznie wyjaśnić. Najczęściej mówi się o tym, że wielkie koncerny nie osiągają w Polsce dużych obrotów z tego typu działalności, gdyż nastawiają się na realizację umów o podobnej wartości jak na Zachodzie. Tymczasem większość polskich przedsiębiorstw jest mniejsza od swoich zachodnich konkurentów, a co za tym idzie nie jest w stanie wygenerować tak dużych kontraktów. Mniejszym firmom integratorskim, jakie działają za granicą, nie udało się zaistnieć nad Wisłą, gdyż nie są w stanie zaoferować potencjalnym klientom ani wiedzy, ani technologii, którą nie dysponują ich polscy konkurenci. Przedstawiciele polskich firm integratorskich nie lekceważą jednak zachodnich konkurentów. Uważają, że z powodu problemów z uzyskiwaniem nowych kontraktów na swoich macierzystych rynkach mogą oni zaktywizować działalność nad Wisłą.

— Na polskim rynku usług integracyjnych wciąż najwięcej mają do powiedzenia rodzime firmy. Tłumaczy się to głównie tym, że lepiej znają specyfikę miejscowych klientów. W roku 2000 można jednak było zaobserwować zwiększenie zainteresowania polskimi klientami ze strony zachodnich firm już obecnych nad Wisłą. W sytuacji, jaka wytworzyła się w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej, starają się one podreperować swoje wyniki kontraktami z niedocenianych dotychczas rynków. Proszę zwrócić uwagę na to, że pomimo wszystkich zawirowań, wartość polskiego rynku usług integratorskich jednak rośnie. Ten proces będzie się pogłębiał, a co za tym idzie średnia wartość kontraktów też będzie rosła i zbliżała się do wartości obserwowanych dotychczas na Zachodzie. Wynika to zarówno ze wzrostu organizacji potencjalnych klientów, jak i zwiększania się stopnia informatyzacji — tłumaczy Paweł Krawczyk, wiceprezes firmy Solidex SA.

— Klasyczni, zagraniczni integratorzy działający na polskim rynku bazują na kontaktach nawiązanych przez swoje centrale. Ich praca dotyczy właściwie tylko realizacji lokalnych fragmentów umów korporacyjnych — zaznacza Mariusz Bednarski, dyrektor generalny Lumeny.

Inne zamówienia

Zaobserwowano przy tym pewne zmiany w gatunkach zawieranych kontraktów integratorskich. Pojawiają się pierwsze umowy dotyczące tzw. green field, czyli projektów, w których firma integratorska przeprowadza analizę potrzeb klienta, projektuje, buduje, a następnie serwisuje system informatyczny. Dotychczas polskie firmy oczekiwały zazwyczaj od integratora połączenia kilku, a niekiedy nawet więcej systemów tworzonych w różnych okresach przez nie współpracujące ze sobą ekipy.

— W sektorze publicznym ciągną się projekty już rozpoczęte. Nasza firma nie nastawia się jednak na obsługę administracji i trudno mi się szczegółowo odnieść do panującej tam sytuacji. W usługach i przemyśle pojawiło się jednak sporo nowych projektów. Wiążą się one głównie z zakupem pakietów ERP przez sektor elektro-energetyczny i paliwowy. Zakup tego typu oprogramowania wprowadza bowiem do tych firm zupełnie nową jakość w zakresie IT i wymusza zmianę infrastruktury. Prawdziwy boom na tego typu kontrakty obserwujemy jednak dopiero w tym roku — wyjaśnia Mariusz Bednarski.

— W roku 2000 zrealizowaliśmy nasz największy kontrakt typu green field. Dotyczył on kompleksu wymiaru sprawiedliwości, w którym ulokowane są Sąd Najwyższy, Sąd Apelacyjny i Instytut Pamięci Narodowej. Generalnie jednak umów takich wciąż jest niewiele. Ze względu na brak środków na nowe inwestycje, potencjalni klienci próbują w nieskończoność poprawiać już posiadana infrastrukturę — informuje Roman Szwed, prezes spółki ATM.

Zdaniem części przedstawicieli branży, pojawienie się projektów zwanych green field nie jest jedyną zmianą zaobserwowaną na rynku w roku 2000. Część integratorów twierdzi, że klienci coraz rzadziej oczekują poprawiania systemów odpowiedzialnych za efektywność wewnętrzną, np. aplikacji finansowo-księgowych czy infrastruktury sprzętowej, a na rynku pojawiło się zapotrzebowanie na projekty dotyczące problemów komunikacji zewnętrznej, np. aplikacji do zarządzania relacjami z klientami. Inni podkreślają jednak, że ta ostatnia tendencja ma charakter wyłącznie werbalny i nie idą za nią pieniądze.

— Poważnie aplikacjami CRM i SCM interesują się głównie lokalne oddziały zachodnich korporacji. Rodzimi klienci zainteresowanie takimi projektami ograniczają z reguły do sfery informacyjnej i edukacyjnej — dodaje Mariusz Bednarski.

Zdaniem przedstawicieli branży, początek boomu na kontrakty integracyjne z zakresu komunikacji zewnętrznej nastąpi dopiero pod koniec roku 2001 i w latach późniejszych.

— W roku 1999 kontrakty, które można sklasyfikować pod hasłem CRM były sporadyczne. W roku 2000 stanowiły już zauważalny fragment rynku. Myslę, że rok 2001 potwierdzi tę tendencję wzrostową — prognozuje Roman Szwed.

Gdy w latach 1999-2000 zaczęło się szerzej mówić o aplikacjach typu CRM lub SCM, budżety informatyczne na rok 2000 były już zaplanowane. Poza tym potencjalni klienci muszą odreagować zwiększone wydatki na infrastrukturę IT poniesione w związku z problemem roku 2000.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Rynek integracji zdominowały rodzime firmy