Rząd chce rozbroić bombę demograficzną

opublikowano: 11-02-2018, 22:00

Poprawa systemu instytucjonalnej opieki nad dziećmi to strzał w dziesiątkę. Oby kaliber nie był za słaby

Polska od lat boryka się z dwoma problemami. Pierwszy to niska dzietność i tzw. depresja urodzeniowa, na którą chorujemy już prawie 30 lat. Objawia się tym, że mała liczba urodzeń nie gwarantuje zastępowalności pokoleń, czyli robi się nas coraz mniej (GUS szacuje, że do 2050 r. ubędzie około 10 proc.). Drugi to niska aktywność zawodowa kobiet (48,3 proc. w 2016 r. to wynik, który plasuje nas w europejskim ogonie) — szczególnie istotna w kontekście pogłębiającego się deficytu rąk do pracy. Rząd próbuje temu zaradzić.

Nie ma jednej cudownej recepty na wzrost dzietności, trzeba robić wszystko naraz — wspierać finansowo, działać w obszarze usług, rynku pracy, edukacji i wartości - mówi Bartosz Marczuk, wiceminister w MRPiPS
Wyświetl galerię [1/3]

Nie ma jednej cudownej recepty na wzrost dzietności, trzeba robić wszystko naraz — wspierać finansowo, działać w obszarze usług, rynku pracy, edukacji i wartości - mówi Bartosz Marczuk, wiceminister w MRPiPS

Cenny maluch

Na początku lutego Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS) poinformowało, że w ramach tegorocznej edycji programu Maluch+ zostanie utworzonych 24,5 tys. miejsc opieki nad małymi dziećmi, a oprócz tego dofinansowanych około 56 tys. już istniejących. To sporo — z danych resortu wynika, że łącznie w latach 2011-15 powstało 12,5 tys. miejsc opieki, a 70 tys. uzyskało dofinansowanie. Liczba miejsc w instytucjach opieki nad dziećmi do 3 lat, czyli żłobkach, klubach dziecięcych i u opiekunów dziennych, rośnie w Polsce systematycznie od lat, ale nadal jest to kropla w morzu — obecnie dysponujemy około 100 tys., a w 70 proc. polskich gmin nie ma ich wcale. Realizację programu Maluch+ w tym roku umożliwi trzykrotny wzrost finansowania — ze 151 mln zł w 2017 r. do 450 mln zł w 2018 r. Bartosz Marczuk, wiceminister w MRPiPS, podkreśla jednak, że to niejedyne działanie rządu w tym obszarze.

— Z początkiem roku weszły w życie przepisy, które mają uelastycznić zasady zakładania i prowadzenia miejsc opieki nad małymi dziećmi. Nowością w programie Maluch+ jest też dodatkowy zastrzyk gotówki dla gmin, w których nie ma żadnych tego typu placówek. Gwarantujemy im dofinansowanie budowy w wysokości 80 proc., maksymalnie 3 mln zł — mówi Bartosz Marczuk. W komunikacie ministerstwa czytamy, że po tego typu pomoc zgłosiły się 102 gminy, na których terenie miałoby powstać 109 instytucji opieki nad maluchami, czyli 2591 miejsc.

Sedno problemu

Problem niedostatecznej liczby placówek jest w Polsce ogromny, o czym świadczy odsetek dzieci w żłobkach — jeden z najniższych w Europie. Ostatnie dane Eurostatu za 2015 r. to 5,4 proc. wobec unijnej średniej na poziomie 30,3 proc. Za nami byli tylko Czesi i Słowacy, a pierwsza na liście Dania wręcz bije po oczach wynikiem… 77,3 proc. (więcej na grafice).

Ekonomiści od dawna podkreślają, że aby poprawić sytuację demograficzną Polski, w szczególności zwiększyć dzietność w dłuższym terminie, należy przede wszystkim dążyć do poprawy systemu opieki nad dziećmi, co naturalnie poprawia także sytuację kobiet, które łączą lub chciałyby łączyć macierzyństwo z karierą zawodową. Teorię potwierdzają statystyki. Na podstawie danych Eurostatu z lat 2005-14 dla około 30 krajów policzyliśmy korelację między wskaźnikiem dzietności a odsetkiem dzieci w żłobkach oraz między wskaźnikiem dzietności a wysokością transferów finansowych dla rodziców. W obu przypadkach zależność jest dodatnia, ale w pierwszym silniejsza — współczynnik korelacji wyniósł tu 0,6, wobec 0,45 dla transferów, co może oznaczać, że powstawanie żłobków jest ważniejsze dla demografii niż program 500+.

To jednak jemu często przypisywany jest „przełom”, który można dostrzec w statystykach za ostatni rok. Chodzi zwłaszcza o wzrost liczby ludności zanotowany po raz pierwszy od 2011 r., choć symboliczny, bo o zaledwie tysiąc osób, a także wzrost liczby urodzeń o blisko 21 tys. r/r, do 403 tys., a więc poziomu najwyższego od 2010 r. Do takiej tezy trzeba jednak podchodzić ostrożnie.

Po pierwsze, nie można wykluczyć, że działalność programu zbiegła się z kumulacją tzw. urodzeń odkładanych w czasie (Polacy od lat „grają na zwłokę”, co nie może trwać w nieskończoność). Do tego, nawet jeżeli rządowe transfery sprzyjały chęci powiększania rodziny, trudno dziś stwierdzić, czy nie są to tzw. urodzenia przyspieszone. Jeżeli tak, na przestrzeni lat dzieci niekoniecznie urodzi się więcej. Wiceszef resortu rodziny wierzy w skuteczny wpływ działań rządu na poprawę sytuacji demograficznej, ale stroni od typowania najbardziej efektywnego instrumentu.

— Z badań wynika, że Polacy chcieliby mieć więcej dzieci, niż mają. Zapytani o przyczyny tej różnicy wymieniają kłopoty materialne oraz trudności w łączeniu ról zawodowych i rodzicielskich. Nie ma jednej cudownej recepty na wzrost dzietności, trzeba robić wszystko naraz — wspierać finansowo, działać w obszarze usług, rynku pracy, edukacji i wartości — mówi Bartosz Marczuk.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Justyna Dąbrowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Rząd chce rozbroić bombę demograficzną