Teraz wzrost jest w cenie

Mateusz Wojtala
opublikowano: 17-07-2019, 22:00

Ceny spółek wzrostowych coraz szybciej uciekają reszcie stawki, ale zdaniem ekspertów o przewartościowaniu nie ma mowy

Od początku roku indeks S&P500 Growth, składający się z największych spółek wzrostowych notowanych w Stanach Zjednoczonych, zyskał 22 proc. Natomiast jego odpowiednik, zrzeszający podmioty typu value, czyli te, które w teorii cechują stabilne zyski i dywidendy, urósł o nieco ponad 17 proc. W perspektywie trzyletniej przewaga tych pierwszych jest jeszcze większa i wynosi ponad 7,5 pkt proc.

— Klasyczne spółki typu growth dopiero rozwijają biznes. Fundamentalnie ich przychody powinny rosnąć znacząco ponad średnią w branży. Natomiast w podejściu value ważne jest tu i teraz. Chcemy dostawać dywidendy i nie bardzo liczy się inwestowanie pieniędzy przez spółki. Nie ma takiej potrzeby, bo one po prostu wolno rosną i często nie pożytkują kapitału efektywnie. Jest to trochę inwestowanie w spółki zaliczane do przegranych, ale wyszukiwanie wśród nich takich, które są niedowartościowane i wypracowują gotówkę — uważa Tomasz Piotrowski, zarządzający w zespole rynków zagranicznych w Skarbiec TFI.

Są fale

Stosunek cen indeksów S&P500 Growth do Value przebił rekordowe poziomy ustanowione w roku 2000, czyli w czasie bańki internetowej. Tak duże dyskonto może wynikać z kilku czynników. Globalnie spadające tempo wzrostu gospodarczego pociąga za sobą spadające dynamiki przychodów przedsiębiorstw. Trudniej jest znaleźć ponadprzeciętny wynik na rynku, co według Tomasza Piotrowskiego przekłada się na decyzje inwestorów, którzy są skłonni płacić coraz więcej za wzrost. Jak dodaje, w takim otoczeniu część z nich nie chce redystrybucjizysku teraz, ale liczy, że zasoby spółki będą reinwestowane i przełożą się na duże dochody z dywidend i skupów akcji własnych w przyszłości.

— W okresie powojennym mieliśmy kilka takich fal, kiedy rozchwytywane były raz spółki wzrostowe, a raz te typu value. Dyskonto w wycenach po pewnym czasie zawsze wracało do normy. Czasami powoli zanikało, a czasami działo się to nagle, jak w przypadku pęknięcia bańki internetowej. Choć jest trochę podobieństw do tego okresu, to dla mnie akcje takich spółek, jak Google czy Amazon, nie są drogie. Na przykład MasterCard już od kilkunastu lat jest wyceniany przy wskaźniku cena/zysk w przedziale 20-30. Mimo to urósł w tym czasie o kilka tysięcy procent, więc nawet inwestując przy wysokiej wartości wskaźnika, zarobiło się krocie — mówi Piotr Żółkiewicz, zarządzający funduszem Zolkiewicz & Partners.

Ekspert dodaje, że inwestorzy nie doceniają sumy, jaką trzeba zapłacić za dobrą spółkę wzrostową. Choć dyskonto jest bez wątpienia rekordowe, to nie da się przewidzieć, jak długo potrwa taka sytuacja. Również Tomasz Piotrowski uważa, że akcje te są niesłusznie określane mianem przewartościowanych. Trzeba patrzeć też na inne uwarunkowania dotyczące wycen obu typów przedsiębiorstw, bo jak dodaje zarządzający Skarbca TFI, patrzenie tylko na wycenę i zyski może być bardzo mylące. Zaleca on korygowanie ich chociażby o tempo wzrostu przychodów.

— Wskaźnik cena/zysk nie może być decydujący, bo na papierze zyski tych firm są niewielkie. Jeśli jednak popatrzy się na zdolność osiągania przepływów pieniężnych, to okaże się, że na przykład lwia część spółek produkujących oprogramowanie jest w bardzo dobrej kondycji. Świetnie obrazuje to firma Salesforce, która zysk na poziomie netto osiągnęła dopiero niedawno, ale przepływy pieniężne generowałabez problemu. Poza tym gdyby było inaczej, to te wszystkie spółki nie miałyby szans na pozyskanie zewnętrznego finansowania — tłumaczy Tomasz Piotrowski.

251dc9e0-90f6-11e9-bc42-526af7764f64
To musisz wiedzieć dziś rano
Codzienny newsletter z najważniejszymi informacjami dla inwestorów.
ZAPISZ MNIE
To musisz wiedzieć dziś rano
autor: Kamil Zatoński
Wysyłany codziennie
Kamil Zatoński
Codzienny newsletter z najważniejszymi informacjami dla inwestorów.
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Elastyczna klasyfikacja

Obaj zarządzający nie są zwolennikami sztywnego podziału na growth i value ze względu na wzrost przychodów czy wiek spółki. Piotr Żółkiewicz zaznacza, że jest to trochę zaszłość historyczna, bo kiedyś zupełnie inaczej rozumiano ten podział.

— Podobne podejście mają chociażby w Berkshire Hathaway, gdzie niedawno jeden z zarządzających kupił akcje Amazona za miliard dolarów, choć jest to spółka postrzegana jako klasyczny podmiot wzrostowy. W praktyce nie ma jednak różnicy, bo o wartości spółki decydują zdyskontowane do dziś przyszłe przepływy pieniężne — mówi Piotr Żółkiewicz.

Ekspert tłumaczy, że kiedyś wymagano innych kompetencji od zarządzających obiema kategoriami przedsiębiorstw. Jak dodaje, teraz sytuacja zmieniła się o tyle, że wiele spółek wzrostowych w cyfrowej gospodarce nie potrzebuje gotówki, żeby się rozwijać. Natomiast Tomasz Piotrowski uważa, że klasyczne patrzenie na relatywny wzrost w danej branży jest zbyt ogólne. On podchodzi do tego bardziej wąsko i patrzy na wzrost w ujęciu absolutnym, czyli porównuje przedsiębiorstwa z różnych sektorów.

— Klasyczne podejście jest z tego powodu bezużyteczne, bo uwzględnia spółki nawet z wolno rozwijających się branż. Osiąganie przez nie ponadprzeciętnego wzrostu może oznaczać nawet mniej niż 10 proc. Tutaj można wbić szpilkę funduszom pasywnym typu ETF. Śledzenie chociażby indeksu S&P500Growth wiąże się z faktem uwzględniania w nich również wolno rosnących sektorów, jak chociażby użyteczności publicznej. Często zdarza się, że spółki są zaliczane zarówno do grupy growth, jak i value — mówi Tomasz Piotrowski.

W S&P500 Growth na koniec czerwca znajdowało się 295 spółek, podczas gdy w indeksie Value było ich 383. Oznacza to, że aż 178 z 500 przedsiębiorstw jest zaliczane do obydwu grup. Wśród powtarzających się firm Tomasz Piotrowski wymienia m.in. Johnson & Johnson, Exxon Mobil, Procter & Gamble czy Walt Disney. Pokazuje to niekiedy cienką granicę dzielącą oba typy przedsiębiorstw.

— Część z obecnych spółek wzrostowych stanie się kiedyś podmiotami uznawanymi za value. Obecnie takimi firmami mogą być Visa i MasterCard, które wciąż dynamicznie rosną i są zaliczane do indeksu Growth. Są one już jednak światowymi markami, które zasiedziały się w swoich niszach i mają stabilny biznes. W przeszłości coś takiego zadziało się z Wallmartem i sądzę, że również chociażby Amazon czeka taka przyszłość — mówi Piotr Żółkiewicz.

W Polsce jak w lesie

Na GPW, zdaniem zarządzających, spółek wzrostowych jest co najwyżej garstka. Powszechnieuważa się za takie producentów gier, ale Piotr Żółkiewicz przestrzega przed przypinaniem tej łatki do każdego z nich. Pod dostatkiem jest za to u nas firm stawiających na wartość. Zaleca on szukać ich zwłaszcza wśród małych i średnich spółek, najlepiej zarządzanych przez założycieli i ludzi respektujących akcjonariuszy mniejszościowych. Według Tomasza Piotrowskiego polski rynek kapitałowy ma podobny problem co rynki zachodnioeuropejskie. Związany jest on ze składem indeksów, które nie odzwierciedlają struktury realnej gospodarki.

— W indeksach na Starym Kontynencie jest za dużo podmiotów finansowych czy surowcowych, a za mało nastawionych na konsumenta i tak zwaną nową ekonomię. U nas widzimy to, zwłaszcza porównując skumulowany wzrost PKB w ciągu ostatnich dziesięciu lat z wynikami spółek z indeksu MSCI Poland. Kolejnym problemem jest fakt, że spółki wzrostowe są zazwyczaj niepubliczne. W Stanach Zjednoczonych to głównie giełda zapewnia im finansowanie, w Polsce radzą sobie same lub przez kapitał dłużny — dodaje Tomasz Piotrowski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mateusz Wojtala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu