Panta rhei – wszystko płynie. Większość z nas słyszała te słowa. Przypisuje się je Heraklitowi z Efezu. Większość z nas zapewne zna również powiedzenie, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Kłopot w tym, że to powiedzenie o rzece zazwyczaj używane jest nieprawidłowo, bo bez powiązania ze zwrotem Heraklita – a powinno tak być. Nierzadko słychać więc, że nie wchodzi się drugi raz do tej samej rzeki w odniesieniu do nierobienia tego samego, czy niepopełniania tych samych błędów. Tymczasem to powiedzenie ma wiele wspólnego z panta rhei (nie tylko wspólnego autora). Zarówno panta rhei jak i wspomniane przysłowie znaczą mniej więcej to samo – wyrażają przekonanie o zmienności świata, jego ciągłej przemianie. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, bo się nie da. Rzeka nie będzie już tą samą rzeką, a i wchodzący w jej wody będzie inny. W myśl tego przeświadczenia na świecie nie ma nic trwałego, bo wszystko przemija. Zmiana to zasada rządząca rzeczywistością i tak naprawdę jej jedyna stała cecha. Swoją drogą pogląd o powszechnej i ciągłej zmienności jako podstawowym prawie rządzącym światem to wariabilizm. Dziś o wariabilizmie w motoryzacji, ale z wykorzystaniem tego, co już było. Czyż nie tak robi Ford z mustangiem?

Elektryzujący rok
Skoro wódz dumnego plemienia muscle car został przywołany, to proszę: tu przypomniałem wam i sobie, za co kochamy wielkie moce krzesane w ogromnych piecach V8. Przypomniałem przy okazji powitania w Europie Mustanga w wersji Mach 1. Powitania i pożegnania za razem, bo śmiem przypuszczać, że następcy na Stary Kontynent nie wpuszczą normy emisji. Co wpuszczą? Ano… mustanga. Tyle że z innym dopiskiem – zamiast mach 1, mach e. I tak jest elektryczny. Nazywanie imieniem głośnego rzezimieszka grzecznego cichobiega to ryzykowne wyzwanie – zupełnie jak operacja na otwartym sercu.
Elektryków w tym roku miałem sporo. Z moich prywatnych statystyk wynika, ze na 32 opisane w 2021 r. dla was modele 11 miało napęd elektryczny. 34 proc. znaczy. To mniej więcej pokrywa się z rynkowymi statystykami, gdyż aż 40 proc. aktualnej oferty nowych aut osobowych to elektryki (wliczając hybrydy plug-in). Rok zacząłem od Volkswagena ID3 – nie przypadł mi do gustu. Nie wiem, czy dlatego, że zbyt długo na niego czekałem, czy dlatego, że nie jestem taksówkarzem. Dużo bardziej spodobała mi się Skoda. Z naciskiem na spodobała. Nie tylko dla tego, że jest elektryczna, ale również dlatego, że to pierwsza Skoda, do której pasuje słowo… fajna. Kolejne elektryki, jakimi przyszło mi w tym roku jeździć, utwierdzały mnie w przekonaniu, że i w nich drzemią emocje – na przykład dzięki referencjom kuzyna lub totalnej grze pozorów uprawianej przez Volvo . Również Volvo przekonało mnie – podczas wizyty w jednej z portowych dzielnic belgijskiej Gandawy – że samochody na prąd to coś znacznie więcej niż same… samochody na prąd.
W minionym roku było też o tym, jakie jeszcze zmiany wprowadza przesiadka do aut z bateriami oraz o tym, że skutki tych zmian – gdybym się poddał – zaprowadziłyby mnie do psychologa.
Kończę już o tych elektrykach… chociaż nie do końca. Przypominam propozycję z połowy lata. Propozycję wyprawy, którą absolutnie każdy fan motoryzacji powinien odbyć. Coś jak mekka dla tych z benzyną we krwi. Spokojnie, mogą być też kilowatogodziny.
Prawdziwa motoryzacja
Staram się nie zacietrzewiać. Nie trzymać na siłę odchodzących schematów. Poznać nowe, bo przecież... panta rhei. Nie usłyszycie ode mnie, że prawdziwa motoryzacja odchodzi. Nawet przy okazji tekstu o takim cudzie inżynierii – tej klasycznej, bez baterii, nawet gdy trzeba się wsłuchiwać się w łabędzi śpiew. Powody? W autach najważniejsze są emocje. To one tworzą jej istotę. Sami widzicie, że póki co ta jedyna prawdziwa motoryzacja wciąż płynie z nurtem. I pewnie płynąć będzie. Być może w niszy i być może tylko dzięki pozytywnym wariatom. Ważne, by używać jej zgodnie z przeznaczeniem jak tu albo tu.
Wchodzę do heraklitowej rzeki i wchodzić będę. Choć wiem, że to nie ta sama rzeka i to nie ten sam ja. Mimo to staram się rok po roku docenić nowe wody. Zamierzam te kąpiele kontynuować. Nie znaczy to jednak, że nie żal mi tego, co odpływa. Dlatego chwytam, póki jeszcze niesie to nurt. Mimo że mój wybór ma więcej wad niż według sceptyków auta na prąd, to zrealizowałem marzenie z dzieciństwa – czego i wam życzę (realizacji rzecz jasna, nie wad).
