Wejść na szczyt emocji

opublikowano: 29-11-2018, 22:00

Odwiedził już sporo masywów, ale nie odda życia górom, gdy w domu czekają dzieci. Ambasador Szlachetnej Paczki — jego twarz (za goglami) pokazały media, kiedy wniósł flagę tej akcji charytatywnej na Mount Everest. Na co dzień Piotr Cieszewski prowadzi szkolenia i wygłasza przemówienia. Zawodowo.

Piotr Cieszewski

Rodzinna wspinaczka. Piotr Cieszewski z żoną Eweliną na Kilimandżaro.
Wyświetl galerię [1/5]

Rodzinna wspinaczka. Piotr Cieszewski z żoną Eweliną na Kilimandżaro. FOT. ARCHIWUM PRYWATNE PIOTRA CIESZEWSKIEGO

Absolwent transportu i logistyki na Uniwersytecie Gdańskim. Był m.in. dyrektorem oddziału firmy Skanska, z którą związał się na 10 lat, i ekspertem od budowy dróg w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju. Od 2015 r. ma własną firmę, w ramach której prowadzi szkolenia dotyczące przywództwa i wygłasza profesjonalne przemówienia. Prowadzi zajęcia z przywództwa na Uczelni Łazarskiego w Warszawie i szkolenia dla menedżerów w korporacjach, m.in. na temat pracy zespołowej.

Wspinaczka na Everest trwa średnio dwa miesiące. Najpierw są żmudne przygotowania. Kolejne obozy, góra — dół, góra — dół… Idzie się i wraca. Aklimatyzacja. Wreszcie podejście. I to, co najtrudniejsze, tzw. summit push, czyli atak szczytowy. Nie ma dwóch prób. Sprzęt, jedzenie, tlen itp. są przygotowane tylko na ten jeden raz.

Z wolną głową

— Za czwartym obozem, pod samym szczytem, jest 12-metrowy skalny stopień, pionowa ściana do pokonania, tzw. Uskok Hillarego. Dla mnie to miejsce niemal mistyczne, pokonał je pierwszy zdobywca Everestu. Przechodząc tę ostatnią barierę, wiedziałem już, że wejdę na szczyt. Szalone emocje. Byłem roztrzęsiony. Ze wzruszenia, z euforii, łzy leciały mi ciurkiem. Wiedziałem, że do szczytu pozostało kilkanaście minut — tak czy inaczej wejdę tam, nawet na kolanach... Już docierając, nieco się uspokoiłem — tam trzeba bardzo uważać. To może banał, co powiem: byłem 30 minut na szczycie, robiliśmy zdjęcia sobie, innym, fladze. Dopiero po kilkunastu minutach zdjęciowego wariactwa mogłem stanąć i po prostu się cieszyć. Być sam ze sobą, z tą górą. Jedną nogą w Chinach, drugą w Nepalu. Oczami wyobraźni widziałem cały świat, Polskę, nasze życie. Całą naszą drogę — wspomina Piotr Cieszewski.

Twierdzi, że góry mogą pomóc, ale wiele zależy od stanu, w jakim w nie jedziemy. Jeśli na dzień, dwa, to stan nasz i naszych spraw na dole nie ma znaczenia. Ale jeśli wyruszamy na dwa tygodnie, czy wyprawę miesięczną np. w Andy, to ważne, żebyśmy „posprzątali” swoje sprawy przed wyjazdem. Niech zejdą nam z głowy. Żeby móc swobodnie czerpać z gór, bo góry mogą wspinaczowi coś dać, albo nie.

— Doświadczyłem tego, kiedy pojechałem się wspinać na najwyższą górę Ameryki Południowej, Aconcagua. Prawie 7 tys. m n.p.m. Nie wszedłem na nią, bo miałem wiele rzeczy niezałatwionych. Nieodebrane maile, niedotrzymane obietnice... Następnego roku (w 2012 r.) pojechałem znów w Andy i wszedłem na tę górę. Wcześniej jednak poukładałem jakoś swoje sprawy — tłumaczy Piotr Cieszewski.

Mówi, że do urlopu, resetu, kontaktu z górami trzeba się przygotować. Nie jechać połową siebie. Nie uciekać od problemów, bo góry są wymagające. Zabierają całą uwagę, albo... Chodzi o nasze bezpieczeństwo.

— Ludziom się wydaje, że tam nie wiadomo co się myśli, że coś się rozważa, wynajduje recepty na problemy świata. Nie, człowiek nie myśli o uniwersaliach, kiedy się wspina. Bardzo koncentruje się na następnym kroku. Musi pilnować sprzętu, asekurować kolegę albo być asekurowanym. Refleksje przychodzą później, gdzieś w schronisku, w namiocie — wtedy myślimy, po co tu jesteśmy, czego oczekujemy i co nam daje ten wysiłek — przekonuje himalaista.

Wstęp do gór

Już jako nastolatek zaczął jeździć w góry. Wspinał się w Tatrach, Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, Górach Dynarskich, Alpach i na Kaukazie. Potem wciągnęła go praca w korporacji i na kilka lat zrezygnował ze wspinaczki. W końcu jednak przyszła refleksja, że nie można żyć tylko pracą. — Kiedy pracowałem w firmie Skanska, po pewnym czasie miałem dosyć tego korporacyjnego zakręcenia. Zadań na weekend i związanego z tym stresu. Presji. To wymagało stanowczego postawienia sprawy: w piątkowe popołudnie wychodzę, jadę do Zakopanego — twierdzi Piotr Cieszewski.

Może odezwała się nostalgia, echo dawnych marzeń. Zagrała też ambicja. Wrócił w góry — wspinał się na europejskie szczyty i skałki, ale zaczął też uczestniczyć w dalszych wyprawach, pokonywać największe masywy Ziemi. W 2008 r. wszedł na Mount Blanc, w 2010 r. wspiął się na Elbrus, w 2011 r. wybrał się z żoną Eweliną na Kilimandżaro. Na swoje — powiedzmy — bliższe wspinanie jeździ z przyjaciółmi. Podkreśla, jak ważne jest zaufanie, kiedy jeden asekuruje drugiego.

— Trzeba znać tę drugą osobę i wiedzieć, że nie zajmie się czymś innym, np. wysyłaniem zdjęć na Facebooka, kiedy ma moje życie w swoich rękach — mówi himalaista.

Na wyprawę w Himalaje trudniej skrzyknąć przyjaciół, dlatego na miejscu dołączył do grupy organizowanej przez profesjonalną nepalską agencję wyprawową.

— 20 lat temu dostałem od ojca książkę „Zdobycie Mount Everestu”. O pierwszej wyprawie, która dotarła na szczyt w 1953 r. Ojciec raczej nie dawał mi prezentów, więc kiedy coś mi podarował, to było to ważne. Tu wskazówka dla rodziców: uważajmy, co dajemy dzieciom. Dosłownie. Sytuacja moja była zerojedynkowa: nie dostałbym tej książki, nie pojechałbym wspinać się na Everest. Koniec, kropka — podsumowuje Piotr Cieszewski.

Pomysł zaczął kiełkować, zaczął zbierać pieniądze. Zaliczył kurs taternicki, kurs wspinaczki skalnej i kolejne, coraz wyższe góry.

Szlachetna Paczka

W 2013 r., w 60. rocznicę zdobycia Everestu, pojechał wspiąć się na tę górę drogą pierwszych zdobywców.

— Musiałem jednak najpierw porozmawiać z Eweliną, która wtedy była już moją narzeczoną, powiedzieć jej, że chcę wejść na Everest, zniknąć na dwa miesiące, a przez minimum cztery zająć się przygotowaniami. Obawiałem się tej rozmowy. Spodziewałem się oporu. Tymczasem powiedziała: Jadę z tobą! — wspomina himalaista.

Jak powiedziała, tak zrobiła. Dotarła aż do bazy pod Everestem, a przy okazji weszli na sąsiedni sześciotysięcznik Lobuche. Tę wyprawę — podobnie jak pozostałe — Piotr Cieszewski zorganizował indywidualnie. Znalazł nepalską agencję wyprawową, która zajęła się wszystkim na miejscu. Sam przygotowywał się w kraju. No i zbierał pieniądze. Około 20 proc. ze 130 tys. zł. kosztów wyprawy pokrył sponsor (Renault), resztę zapłacił sam.

— Najwyższą pozycją kosztową wyprawy jest nepalskie pozwolenie na zdobywanie szczytu. Ot, papierek w formacie A5. Kosztuje 10 tys. dolarów. Ale patrząc na dojmującą biedę w Nepalu, akceptowałem ten wydatek, tak jak opłaty dla Szerpów i tym podobne — przekonuje himalaista.

Do współpracy ze Szlachetną Paczką namówiła go Ewelina. To było w 2011 r. Powiedziała: Robimy paczkę! Ale komu? Co? Jak?

— Jest lista potrzeb konkretnej rodziny. Nie pieniądze, lecz rzeczy. Zobaczyłem, że na liście wymieniona jest ryza papieru do drukarki, a w rodzinie były dwie kilkuletnie dziewczynki. Zdałem sobie sprawę, że potrzebują papieru do rysowania. To mnie bardzo głęboko poruszyło. Pomyślałem, że tkwimy w kręgu korporacyjnym, zarabiamy pieniądze i się izolujemy. Nie widzimy świata takim, jaki jest. Przeliczyłem sobie, ile kosztuje kartka, ile to wychodzi w ryzie. Radość za grosz od sztuki — opowiada Piotr Cieszewski.

Zbierając się na himalajską wyprawę, pomyślał, że zabierze flagę Szlachetnej Paczki na Everest. W stowarzyszeniu Wiosna podchwycili pomysł — o Szlachetnej Paczce mówi się tylko w okresie przedświątecznym, a przecież działa cały rok. Fajnie byłoby pokazać jej flagę na szczycie świata w maju. Wiosną. Wydarzenie zyskało spory rozgłos, mówiło się o tym w mediach. Piotr Cieszewski dostał nagrodę za działalność na rzecz Szlachetnej Paczki w 2013 r. Kiedy ksiądz Stryczek nie miał czasu, Cieszewskiego wysyłano do mediów, mówił w imieniu Paczki, informował o jej działalności, zachęcał do udziału w akcji. I tak został jej ambasadorem. Wniesienie flagi na Everest dało też — pośrednio — inny owoc.

— Po wniesieniu na szczyt flagi Szlachetnej Paczki poproszono mnie o opowiedzenie o tym przed większym audytorium wolontariuszy. Uznałem, że nie będzie to suche gadanie o warunkach pogodowych, ilości tlenu i o tym, jaki jestem super. Pomyślałem, że to wspaniała okazja, żeby dać kilka wskazówek, co może pomóc w sytuacjach trudnych, co wspiera przy pokonywaniu przeszkód. Co mnie pomogło. Wyszło bardzo dobrze. Uznałem,że mogę spróbować rozwinąć taką działalność. Zacząłem sam się szkolić — wspomina Piotr Cieszewski.

Po oskarżeniach księdza Jacka Stryczka o mobbing, we wrześniu 2018 r., znów wypowiadał się dla mediów.

— Najbardziej się obawiałem, żeby idea Szlachetnej Paczki nie upadła. Żeby to wszystko się nie posypało. Wierzę, że ta akcja charytatywna nadal będzie prowadzona na taką skalę jak dotychczas: 14 tysięcy wolontariuszy, kilkaset rejonów w Polsce, a w rejonach liderzy, koordynatorzy... Praca, która przenosi góry. Ja nie zrezygnuję — twierdzi Piotr Cieszewski.

Rozwija tę myśl w kontekście kierowania akcją charytatywną.

— To wielkie pole do popisu dla menedżera. Ale też wielkie wyzwanie. Nie ma czynnika, jakim są pieniądze. Zarządza się ludźmi, właściwie współpracuje, jedynie dzięki ich woli i zaangażowaniu. Trzeba je podgrzewać i doceniać. Wolontariusze pracują z serca, nie dostają premii. Dlatego — jak sądzę — bardzo ważny jest etap rekrutacji i wyczucie, czy kandydat na wolontariusza naprawdę tego chce, czy to tylko tak, dla towarzystwa albo ucieczki od własnych problemów — twierdzi Piotr Cieszewski.

Są więc — wyjaśnia — dwa ważne czynniki: ułatwiający i utrudniający. Ten pierwszy, że ludzie chcą, ten drugi, że nie ma wymiernego (pieniężnego) instrumentu nagradzania. Trzeba umieć się zachować i wypracować relacje.

— Ale pamiętajmy, że pomaganie to też czynność egoistyczna. Nie wiem, czy to najlepsze słowo — egoizm, ale z pewnością pomagając innym, pomagamy sobie. To jest nagroda — mówi ambasador Szlachetnej Paczki.

Uważa, że ogromne znaczenie ma także wiara, że to, co robimy, jest potrzebne, że ma sens.

— W pracy trenera, wykładowcy wystawiamy się na ocenę. Trzeba ją przyjąć i wyciągnąć wnioski, ale też pamiętać, że różnorodność charakterów powoduje, że nie wszystkim się spodobamy. Dlatego warto uświadamiać sobie, że to, co robimy, ma sens i działać. Kiedy staję przed kilkusetosobową grupą, przed którą mam wystąpić, muszę o tym pamiętać. Nie wszystkim się spodobam. Ale to, co robię, ma sens. Wierzę w to — kwituje Piotr Cieszewski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Danuta Hernik

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Wejść na szczyt emocji