Koniec grudnia to moment na podsumowanie, przeanalizowanie i wspominanie tego, co się wydarzyło w mijającym roku. Sam rzadko to czynię. W tym roku zrobię jednak wyjątek. 2020 zasługuje, by z przytupem go wyprosić, przypominając mu jednocześnie, co zepsuł.
Spełniona przepowiednia
Kojarzycie nasze „czarne łabędzie”, szokujące prognozy (wydarzenia bardzo mało prawdopodobne, ale o potencjalnie wielkich konsekwencjach) przygotowane przez dziennikarzy „Pulsu Biznesu” pod koniec roku? Pod koniec zeszłego i ja przygotowałem taką prognozę. Snułem wizję, w której drastycznie spada import używanych aut. To przecież nie mogło się wydarzyć! I co? Przepowiednia ziściła się co do joty. Z innego powodu, jednak import używanych aut spadł o 17 proc. W tym roku postanowiłem milczeć i nie szokować prognozami. Rok 2020 zrobił to za mnie. Mimo że zaczął się niewinnie i ciekawie. Na przykład… polubiłem auta elektryczne , które – jak się potem okazało – dają radę nawet w mojej zabitej dechami i pozbawionej infrastruktury wsi pośrodku elektromobilnej pustyni (Suwalszczyzna/Mazury).

2020 r. był dla mnie czasem, w którym nie tyle przekonałem się do elektromobilności, ile ją zrozumiałem, nauczyłem się z niej korzystać i… bawić się nią. Zakochałem się w Porsche Taycanie – a jakże, elektrycznym. Okazało się, że jazda na prąd może dostarczać tych samych endorfin, co potężne spalinowce. To byłaby dobra informacja, szczególnie że pojawiła się szansa na skromne dopłaty. To jednak 2020 r. Musiało się skończyć parszywie i tak się właśnie stało.
Żegnaj, przyjacielu!
O wiele bardziej parszywa informacja dotarła do mnie w czerwcu. Pożegnałem wówczas wielkiego i wyjątkowego człowieka. Choć nasza przyjaźń miała charakter czysto służbowy i niejednokrotnie bywała szorstka, to (tak, zdaję sobie sprawę z patosu) naprawdę jestem wdzięczy losowi, że było mi dane go poznać.

Parszywe informacje wylewały się z każdego zakątka rynku motoryzacyjnego. Kwiecień był dla motoryzacji dosłownie straszny. Polski rynek nowych aut skurczył się w 2020 r. o jedną piątą, a my – przytłoczeni złymi informacjami – zostaliśmy zamknięci na wakacje w Polsce. Zgoda, zaczęliśmy ją odkrywać na nowo, ale ja – przy okazji tego odkrywania – przekonałem się, że nie lubię dużych kamperów. To parszywa informacja, bo w pandemiczne wakacje właśnie kamperowanie było jednym z bezpieczniejszych sposobów spędzania urlopu.
Skoro przy motoryzacyjnych wypadach jesteśmy, to miło wspominam zimowy, samochodowy wypad na narty. Miło, bo udowodniłem sobie, a później próbowałem i wam, że napęd na obie osie według pomysłu Lexusa sprawdza się na śliskim (choć wcześniej nie postawiłbym na to grosza). Utrwaliłem sobie również zdanie o fotelach tego auta: Lexus RX ma najwygodniejsze. Tu znowu przychodzi parszywe doświadczenie, jak na 2020 r. przystało. Parszywe i traumatyczne. Zamiast rozkoszować się widokami, szwajcarskimi autostradami i ogólną atmosferą wakacji, uciekałem przed wprowadzanymi w całej Europie ograniczeniami. Udało się. Do Polski wjechałem chwilę przed zamknięciem granic, ale urlopowy nastrój prysł jak ogólnoeuropejskie poczucie stabilności i bezpieczeństwa.

Jak to drzewiej bywało
Do zdalnej pracy przywykłem, lecz trudno zdalnie jeździć autami. Tęsknię za normalnością, torami wyścigowymi… i mimo rodzącej się miłości do aut na prąd, również za mało ekologicznymi pojazdami, np. hothatchami. Ubywa ich z roku na rok. Wiadomo – normy, tendencje i moda. Ale są wyjątki, np. ten. Powstał wyłącznie dzięki hybrydom, ale nie ma z nimi nic wspólnego. Jest jak powrót do przeszłości czy długo wyczekiwana normalność bez masek, płynów odkażających i limitów w sklepach. Zgoda, Yaris GR nie jest sterylny, ale za to taki, jak to drzewiej bywało.To w zasadzie jedyna nieparszywa informacja z 2020 r. Ale jednak nie, czekaj!

„GR Yaris. Ledwo zadebiutował, a już odjeżdża w siną dal…” – napisał na Instagramie w przedostatnim dniu 2020 r. rzecznik Toyoty.
Rozeszła się cała partia 430 przeznaczonych na polski rynek aut. Miało ich starczyć do sierpnia 2021 r., starczyło do wigilii 2020. Toyota obiecuje powalczyć jeszcze o jakieś egzemplarze. W grę wchodzą jednak tylko te z innych europejskich rynków, bo fabryka już dawno zamknęła listę zamówień… Ech!
W 2021 r. życzę wam mniej parszywych informacji, zdrowej równowagi oraz tego, byśmy nigdy nie stwierdzili: „Ten 2020 r. to w sumie nie był taki zły”.
