Syndyk sprząta po Marcpolu

opublikowano: 22-11-2018, 22:00

Prokuratura bada, czy przed upadłością sieci marketów nie wyciekły z niej miliony do Marka Mikuśkiewicza, jego rodziny i związanych z nią firm

Na współpracy z upadłym w 2016 r. Marcpolem 700 jego kontrahentów straciło ponad 215 mln zł. Widoki na odzyskanie czegokolwiek są mizerne, bo majątku po znanej stołecznej sieci sklepów zostało tyle, co kot napłakał. Dość powiedzieć, że na dziś niepokryte koszty masy upadłości są o ponad 4 mln zł wyższe niż stan jej kasy. Zdaniem syndyka Tycjana Saltarskiego sytuacja Marcpolu i jego wierzycieli byłaby o niebo lepsza, gdyby przed upadłością spółka nie dokonała szeregu niekorzystnych transakcji, których beneficjentami były podmioty powiązane z Markiem Mikuśkiewiczem. Twórca i były prezes sieci marketów oskarżenia te uznaje za bezzasadne.

Syndyk Marcpolu twierdzi, że jego twórca i były prezes Marek
Mikuśkiewicz wieloma różnymi działaniami wyrządził szkody spółce i jej
wierzycielom. Chodzi mu m.in. o przepisanie na syna umowy wieloletniej
dzierżawy działki zabudowanej pawilonami handlowymi przy alei Wilanowskiej w
Warszawie (zdjęcie z lewej) oraz pompowanie pieniędzy w nieruchomości nie
będące własnością Marcpolu. Tego typu zastrzeżenia syndyka dotyczą prywatnej
luksusowej posiadłości rodziny Mikuśkiewiczów, położonej nad jeziorem na Warmii
(w środku) oraz nieruchomości w podwarszawskim Wołominie, na której działał
jeden z supermarketów Marcpolu. Marek Mikuśkiewicz żadnych nieprawidłowości w
swoich działaniach nie widzi.
Wyświetl galerię [1/3]

SPORNE NIERUCHOMOŚCI:

Syndyk Marcpolu twierdzi, że jego twórca i były prezes Marek Mikuśkiewicz wieloma różnymi działaniami wyrządził szkody spółce i jej wierzycielom. Chodzi mu m.in. o przepisanie na syna umowy wieloletniej dzierżawy działki zabudowanej pawilonami handlowymi przy alei Wilanowskiej w Warszawie (zdjęcie z lewej) oraz pompowanie pieniędzy w nieruchomości nie będące własnością Marcpolu. Tego typu zastrzeżenia syndyka dotyczą prywatnej luksusowej posiadłości rodziny Mikuśkiewiczów, położonej nad jeziorem na Warmii (w środku) oraz nieruchomości w podwarszawskim Wołominie, na której działał jeden z supermarketów Marcpolu. Marek Mikuśkiewicz żadnych nieprawidłowości w swoich działaniach nie widzi. Fot. Marek Wiśniewski

Na początku postępowania upadłościowego Marcpolu Tycjan Saltarski szacował, że potrwa do końca lutego 2019 r. Dziś jest już pewne, że tego planu nie uda się zrealizować. Choćby z powodu licznych spraw sądowych, jakie syndyk wytoczył przeciwko Markowi Mikuśkiewiczowi oraz firmom i osobom z nim związanym.

Umowa z synem

Ta o największej wartości przedmiotu sporu, prawie 27,5 mln zł, dotyczy warszawskiej nieruchomości o powierzchni 7 tys. mkw. z położonymi na niej trzema pawilonami handlowymi, w których znajdująsię różne sklepy, ale też biura i siedziby firm Marka Mikuśkiewicza i jego rodziny. W 1998 r. na 30 lat wydzierżawiła ją od miasta spółka Centrum Handlowe Wałbrzyska, a po jej upadłości, w 2006 r. umowę dzierżawy przejął Marcpol.

Do kolejnej zmiany dzierżawcy doszło w październiku 2015 r. Wtedy to Marek Mikuśkiewicz jako prezes Marcpolu przeniósł prawa i obowiązki z umowy na swego syna — Marka Mikuśkiewicza juniora. Kwota transakcji opiewała na nieco ponad 3,95 mln zł netto. Tymczasem działający na zlecenie syndyka biegły pożytki z wieloletniej umowy dzierżawy (w tym możliwość pobierania pożytków z podnajmu) wycenił na 14,3 mln zł, a roszczenia w stosunku do miasta o zwrot nakładów dokonanych na nieruchomości na kolejne prawie 13,2 mln zł. Czyli łącznie niecałe 27,5 mln zł. O 23,5 mln zł więcej niż kwota transakcji zawartej między ojcem i synem Mikuśkiewiczami!

— Ta wycena jest absurdalna. Podważamy ją nie tylko my, ale też kurator Marcpolu — komentuje Marek Mikuśkiewicz senior.

Rzeczywiście kurator spółki Marek Ziembiński (ustanowiony dlatego, że spółka nie miała zarządu) ma wątpliwości, dotyczące poprawności wyceny, m.in. tego, czy Marcpol rzeczywiście miał prawa do roszczeń z tytułu nakładów na nieruchomość. W tej sytuacji sąd zapewne powoła biegłego sądowego, by jeszcze raz wycenił wartość wieloletniej umowy dzierżawy (czemu zresztą nie sprzeciwia się syndyk).

Tymczasem Tycjan Saltarski w pozwie o stwierdzenie bezskuteczności umowy między Marcpolem a Markiem Mikuśkiewiczem juniorem podnosi nie tylko „rażące zaniżenie ceny”, ale i to, że w okresie między październikiem 2015 r. (kiedy umowa została zawarta) a grudniem 2015 r. (kiedy została zaakceptowana przez miasto) Marcpol już był niewypłacalny i nadawał się do upadłości, a sama transakcja pokrzywdziła wierzycieli spółki. A także to, że Marek Mikuśkiewicz senior, jako prezes i Marek Mikuśkiewicz junior, jako prokurent samoistny Marcpolu od listopada 2015 r., mieli tego pełną świadomość. Oni obaj z kolei przekonują, że stan finansów spółki był w tym okresie na tyle dobry, że nie dawał podstaw do ogłoszenia jej upadłości.

Inwestycja nie u siebie

Syndyk Marcpolu uważa, że spółka przed upadłością wyzbywała się majątku również poprzez finansowanie inwestycji budowlanych na nie swoich nieruchomościach. Tego dotyczy kolejny pozew, o zapłatę 3,38 mln zł, jaki Tycjan Saltarski skierował przeciwko obu Markom Mikuśkiewiczom, dwóm bliskim współpracownikom twórcy Marcpolu, a także powiązanej z nimi spółce Nomar. Sprawa dotyczy nakładów, jakie Marcpol poniósł na nie należącą do niego nieruchomość położoną w podwarszawskim Wołominie, na której działał jeden z supermarketów sieci. Zdaniem Tycjana Saltarskiego inwestycja ta została zrealizowana w sposób uniemożliwiający rozliczenie poniesionych nakładów.

— Zarzuty syndyka w sprawie nieruchomości w Wołominie są śmieszne. Zgodnie z umową była ona wynajmowana Marcpolowi po obniżonej cenie i to właśnie ta obniżka skonsumowała nakłady spółki na nieruchomość — przekonuje Marek Mikuśkiewicz senior.

Kto ma rację, rozstrzygnie nie tylko sąd, lecz także Prokuratura Rejonowa Warszawa Mokotów. Na wniosek syndyka wszczęła śledztwo, uznając tym samym, że istnieje uzasadnione podejrzenie popełnienia w tej sprawie przestępstwa karalnej niegospodarności, zagrożonej karą więzienia do 10 lat.

Luksusowa posiadłość…

To niejedyne śledztwo dotyczące podejrzenia bezprawnego wypływu pieniędzy z Marcpolu, prowadzone przez mokotowską prokuraturę. Kolejne, również z zawiadomienia Tycjana Saltarskiego, dotyczy nadużycia przez Marka Mikuśkiewicza uprawnień poprzez „spowodowanie wydatkowania środków Funduszu Świadczeń Socjalnych niezgodnie z przeznaczeniem”.

O co chodzi? O to, że — zdaniem syndyka — pieniądze z Zakładowego Funduszu Socjalnego Marcpolu były wydatkowane na położoną na Warmii i zlokalizowaną tuż nad jeziorem luksusową nieruchomość, należącą do rodziny Mikuśkiewiczów. Działo się tak „rzekomo w celu przystosowania tej nieruchomości do potrzeb działalności wczasowo-wypoczynkowej dla pracowników Marcpolu, podczas gdy z dokumentacji, jaką syndyk objął w posiadanie, w tym z uzasadnienia decyzji Dyrektora Urzędu Kontroli Skarbowej w Warszawie i zeznań świadków, przesłuchiwanych przez ten organ wynika, że nieruchomość spełniała jedynie funkcje posiadłości wypoczynkowej rodziny Mikuśkiewiczów, a pracownicy Marcpolu z jej nie korzystali”.

— Nic mi nie wiadomo na temat rzekomego sprzeniewierzenia Funduszu Świadczeń Socjalnych Marcpolu na prywatną nieruchomość i prowadzenia w tym zakresie postępowania przez ograny ścigania. W tej sprawie nie byliśmy nawet przesłuchiwani — komentuje Marek Mikuśkiewicz senior.

… i samochody

Za niekorzystną syndyk uznaje też transakcję z 2013 r., dotyczącą dwóch lokali niemieszkalnych, położonych w Mikołajkach. Zostały sprzedane przez Marcpol w 2013 r. za 390 tys. zł, podczas gdy według biegłego warte były ponad dwa razy więcej, bo 878 tys. zł. W tej sprawie syndyk nie zdecydował się jednak na żadne kroki prawne, bo lokale obciążone są hipotekami na rzecz Deutsche Bank Polska, znacznie wyższymi niż ich wartość.

Tycjan Saltarski wziął pod lupę nie tylko transakcje, dotyczące nieruchomości Marcpolu, ale też samochodów spółki. I okazało się, że w ostatnim roku przed upadłością sieć sprzedała kilka aut, m.in. luksusowe Porsche Panamera 4S czy Lexus RX350 na rzecz podmiotów powiązanych z Markiem Mikuśkiewiczem. Syndyk zlecił biegłemu ich wycenę, a z jej ustaleń wynikało, że zostały zbyte za ceny „rażąco niskie”, znacząco odbiegające od wartości rynkowej.

— Samochody odkupiliśmy od Marcpolu, płacąc normalne, rynkowe ceny, co potwierdzają wyceny sporządzone przez biegłego rzeczoznawcę, powołanego przez sąd w prowadzonych postępowaniach sądowych — broni się Marek Mikuśkiewicz senior. I jednocześnie kontratakuje.

— Syndyk Tycjan Saltarski atakuje nas bezpodstawnie. A sam ma wiele na sumieniu. Choćby fikcyjne zatrudnianie w masie upadłości Marcpolu swojej matki Genowefy, co spowodowało nakazanie mu przez sędziego komisarza zwrotu wszelkich wypłaconych na jej rzecz kwot. Czy też sprzedawanie majątku spółki z wolnej ręki po cenach drastycznie niższych niż rynkowe — wylicza Marek Mikuśkiewicz senior.

Co na to Tycjan Saltarski? Przyznaje, że sędzia komisarz nakazał zwrot 20,5 tys. zł (do czego doszło), ale tłumaczy, że był to rezultat jego „omyłki”, wynikającej z faktu, że zakaz korzystania przez syndyków z usług osób bliskich został wprowadzony do prawa upadłościowego na początku 2016 r. Zaznacza przy tym, że jego matka faktycznie „świadczyła w interesie i na potrzeby masy upadłości określone usługi”, a sąd tego w żaden sposób nie zakwestionował. Odnosząc się do sprzedawania majątku Marcpolu z wolnej ręki, syndyk podkreśla, że na zbycie konkretnego majątku, przed jego dokonaniem, każdorazowo zgodę wyrażała ustanowiona przez sąd rada wierzycieli. Zatwierdzając przy tym ceny minimalne, za jakie dokonano sprzedaży.

To nie koniec

Tymczasem z ustaleń „PB” wynika, że kwestii spornych między syndykiem, a byłym właścicielem Marcpolu będzie więcej. Jak wynika z akt upadłościowych spółki, Tycjan Saltarski rozważa wysuwanie kolejnych roszczeń w stosunku do Marka Mikuśkiewicza i powiązanych z nim podmiotów. Na przestrzeni ostatnich miesięcy m.in. zawezwał je do prób ugodowych w różnych sprawach na łączną kwotę kolejnych ponad 14 mln zł. A ze sprawozdań syndyka, składanych w sądzie wynika, że jego prawnicy „dokonują dalszej analizy czynności prawnych Upadłego dokonanych przed ogłoszeniem upadłości pod kątem ich bezskuteczności”. © Ⓟ

Nie dłużnik, lecz wierzyciel

Marek Mikuśkiewicz nie tylko twierdzi, że nie wyprowadzał majątku z Marcpolu, ale też uznaje się za jednego z największych wierzycieli upadłej spółki. Wraz z rodziną i firmami powiązanymi do masy upadłości Marcpolu zgłosił wierzytelności na, bagatela, ponad 0,5 mld zł! Syndyk na sporządzonej liście wierzytelności nie uznał z nich ani złotówki, a termin do wniesienia sprzeciwów w tej sprawie minął. Mimo to twórca Marcpolu twierdzi, że on i związane z nim podmioty będą kwestionować tę decyzję. W jakim trybie? Tego nie precyzuje.

546,1 mln zł Na tyle opiewały wierzytelności, jakie do masy upadłości Marcpolu zgłosili jego założyciel i były prezes Marek Mikuśkiewicz, jego żona Grażyna, córka Natalia i syn Marek junior oraz kontrolowane przez nich firmy Markinvest, Excalibur, Frankinvest, Marcpol I, Marcpol V i Nomar...

0 zł ...a tyle z nich uznał syndyk Marcpolu Tycjan Saltarski. Powód? Zdaniem syndyka rodzina Mikuśkiewiczów i jej spółki zgłaszały po kilka razy te same wierzytelności, a one same budzą różne wątpliwości i „nie znajdują potwierdzenia w księgach rachunkowych spółki”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Wyniki spółek / Syndyk sprząta po Marcpolu