Emocjonalny język w pracy. Bez cenzury i wstydu

opublikowano: 15-02-2022, 20:00

Tłumienie odczuć prowadzi do upośledzenia emocjonalnego. Nie zakazuj więc pracownikom przeklinania, narzekania i plotek.

Język polski chamieje. Wulgaryzmy królują w redakcjach, fabrykach i biurach reklamy. Im bardziej zgrany zespół, tym więcej brzydkich wyrazów. Tylko czasami ten czy ów po rzuceniu soczystej wiązanki zaczerwieni się i powie „przepraszam”. Naprawdę jest się czego wstydzić? Każdy powinien sam to rozstrzygnąć. Jedno nie ulega kwestii: z przeklinania płynie wiele korzyści, podobnie jak z towarzyszącego mu często narzekania i plotek.

Kto z nas nie słyszał, że dobrze wychowane osoby nie zbrukają ust jakimkolwiek rubasznym zwrotem, a bluzganie świadczy o ubogim języku? G…o prawda. Badania wskazują, że przekleństwa integrują ludzi, usprawniają współprace, zmniejszają ból, agresję i stres. Gdy więc ktoś znów zakaże nam „wyrażania się”, poślijmy go do diabła.

Kwestia smaku:
Kwestia smaku:
Aby używać niecenzuralnych słów bez szkody dla wizerunku, potrzeba wyczucia, empatii, inteligencji społecznej — jednym słowem: kultury.
Adobe Stock

Jedno z najgłośniejszych doniesień w związku z kryzysem finansowym w 2008 r. wcale nie dotyczyło niedopełnienia obowiązków czy przestępstw popełnionych przez jakiegoś prominentnego menedżera banku. Media bulwersowały się przez klika tygodni tym, że jeden z członków zarządu Goldman Sachs (GS) nazwał w mejlu kredyty wysokiego ryzyka „gównianym interesem”. Po ujawnieniu tej wiadomości zamiast przeprosić za lata wciskania klientom trefnego produktu, gigant bankowości inwestycyjnej ogłosił politykę „zero przekleństw” i nałożył nowe filtry na firmową pocztę. Zapewne wszyscy w GS przestali używać niecenzuralnych słów, prawda?

Słowa na „p”, „j“ i „k”

Walka z plugawą mową to walka z wiatrakami, ale co chyba ważniejsze: próby jej wyeliminowania szkodzą firmie, jej produktywności i atmosferze w pracy. Ashley Montagu, brytyjski antropolog, dowodzi, że współczesne języki powstały z wyrażeń, które ludziom pierwotnym pomagały w rozładowaniu napięcia, złości, strachu i były odpowiednikami obecnych przekleństw. Dzięki wulgarnym wyrażeniom powstrzymujemy się od użycia siły. W świetle innych badań łacina podwórkowa pozwala nam znieść więcej zmęczenia i bólu, a także zlekceważyć swoje słabości, obawy i zmartwienia. Wystarczy od czasu do czasu sięgnąć po słynny rzeczownik na „k” lub czasownik na „j”, aby lepiej radzić sobie ze stresem.

Dr Emma Byrne, popularyzatorka psychologii z Wielkiej Brytanii, w książce „Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania” zwraca uwagę, że „zespół, który razem klnie, jest połączony silniejszymi więzami”. Jej zdaniem wulgaryzmy to stały element docinków w miejscu pracy, a droczący się pracownicy są w lepszych nastrojach i przez to chętniej się bawią. To zaś sprawia, że stają się bardziej twórczy i efektywni.

Jeszcze jedno: to, że nie musimy przy kimś uważać na słowa, świadczy najlepiej o tym, iż jesteśmy naprawdę zżyci. Zdają się to potwierdzać badania Timothy Jaya, amerykańskiego psycholingwisty: w najbliższym otoczeniu liczba wulgaryzmów stanowi 13 proc. naszego słownika, w porównaniu z 3 proc. w bardziej oficjalnych relacjach.

Malkontenctwo jak sport narodowy

Słowa powszechnie uznane za nieparlamentarne wzmacniają także siłę narzekania, z której my, Polacy, podobno zrobiliśmy prawdziwą sztukę. Zdaniem moralistów zrzędzenie to kolejny grzech narodowy i powód do wstydu. Kto chce, niech wierzy. Najnowsze odkrycia dotyczące ludzkiej natury i zachowań człowieka w grupie wskazują, że biadolenie, podobnie jak przeklinanie, łączy. Malkontenctwo służy m.in. jako bufor bezpieczeństwa podczas rywalizacji. Wyobraźmy sobie, że dostaliśmy podwyżkę i premię, co pozwoliło nam zainwestować w auto klasy premium. Koledzy z biura chwalą zakup, ale w niejednym głosie wyczuwamy zazdrość. Aby ją zniwelować, rzucamy: „Prędzej zbankrutuję, niż zarobię na paliwo” i już każdy czuje się lepiej.

Wspólne narzekanie podkreśla również solidarność załogi, działu, zespołu, zwłaszcza jeśli czujemy się źle traktowani przez ludzi stojących wyżej w hierarchii. Lubimy, gdy osoby z naszego szczebla zarządzania nie zostawiają na złych menedżerach suchej nitki, a jeśli swoją krytykę ubarwiają obraźliwymi epitetami i wulgaryzmami, tym lepiej. Przyjemnie jest wiedzieć, że w swoim niezadowoleniu nie jesteśmy sami. Na podstawie napastliwych wypowiedzi możemy też oszacować liczbę współpracowników, którzy w razie otwartej konfrontacji staną u naszego boku. Z drugiej strony dr Wiesław Baryła, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS, uważa, że wszelkie negatywne uwagi są użyteczne wtedy, gdy nie kierujemy ich przeciwko komuś, lecz wypowiadamy z życzliwością, mając na celu zmianę swojego otoczenia i nas samych.

W większości przypadków nie dochodzi jednak do otwartej konfrontacji. Nasza frustracja kończy się na biadoleniu i plotkowaniu. Dopóki unikamy kłamstwa, dezinformacji, oszczerstw, nie robimy nic złego. Tak przynajmniej uważa Robert Trivers, amerykański socjobiolog. Plotka to według niego powszechna i skuteczna forma sankcji, sposób na zidentyfikowanie pasożytów, czyli tych, którzy więcej dostają od grupy, niż dają. Za plecami szepce się też nieprzychylnie o jednostkach dominujących — a nuż uda się zgromadzić sojuszników, by ukrócić zapędy tych autokratów i arogantów. Roy Baumeister, psycholog z Uniwersytetu Stanowego Floryda, dodaje, że obgadywanie innych przypomina zespołowi o wspólnych zasadach i karach społecznych w przypadku ich nieprzestrzegania.

Bat na pasożytów

Co w największym stopniu przemawia za używaniem języka nacechowanego wzburzeniem? Chyba najlepszej odpowiedzi udzieliła Michell Larivey, psycholog z Kanady. Jej zdaniem tłumienie swoich odczuć to upośledzenie emocjonalne. Dawanie upustu swojemu temperamentowi, gniewowi czy bezradności w pewnych sytuacjach może jednak nam szkodzić. Dużo zależy od kontekstu, czyli miejsca, czasu i osób, przy których to robimy. Rekruterzy mówią, że coraz więcej ludzi przeklina i narzeka na byłych pracodawców w trakcie rozmów kwalifikacyjnych — w większości przypadków tacy kandydaci są odrzucani. Druga sprawa — co za dużo, to niezdrowo. Ludzie, którzy nigdy nie zważają na słowa, postrzegani są raczej jako nieszczerzy i groźni. Dziś swojego szefa wyzywają od najgorszych (oczywiście za jego plecami), jutro tak samo postąpią z nami. Jak powiedział jeden z polskich trenerów, kto innych obrzuca błotem lub oblewa pomyjami, nie może mieć złudzeń: część brudów przylgnie także do niego.

John Skowronski z Uniwersytetu Stanowego Ohio w Newark sprawdził, czym może się skończyć obgadywanie innych. W materiale wideo aktor mówił o swoim nieobecnym znajomym, jak nędznym jest człowiekiem („Gdy wpadł mu dziś pod nogi malutki piesek, zwyczajnie go kopnął”). Uczestnicy eksperymentu oglądali nagranie, a następnie mieli opisać charakter opowiadającego. Choć było oczywiste, że piętnował podłość jakiejś osoby trzeciej, jej negatywne cechy badani konsekwentnie przypisywali… aktorowi.

Kiedy emocjonalny język w pracy jest wskazany, a kiedy nie? Wchodzimy tu w sferę umiejętności społecznych, głównie empatii, która polega na wejściu w perspektywę współpracownika, podwładnego, klienta. To samo słowo może śmieszyć lub ranić zależnie od okoliczności, wrażliwości słuchaczy oraz intencji tego, który je wypowiada. Gdzie więc kończy się komunikacyjny luz, a zaczyna zwykłe chamstwo? Granica jest płynna, ale także sztywna zarazem. Wyznacza ją drugi człowiek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane