Triathlon: praca na pełny etat i dopięty budżet

Rozmawiał Łukasz Ostruszka
10-08-2018, 17:16

Robert Karaś pod koniec lipca podczas zawodów Triple Ultra Triathlon w niemieckim Lensahn przepłynął 11,4 km, pokonał na rowerze 540 km i przebiegł 126,6 km w rekordowym czasie 30 godzin 48 minut i 57 sekund. Tyle liczb. Teraz porozmawiamy o pracy, wydatkach i pasji.

ŁUKASZ OSTRUSZKA: Czy człowiek taki jak ja, powiedzmy z nadwagą 20 kg, może w ogóle myśleć o tym, żeby zacząć uprawiać triathlon? 

Robert Karaś
Wyświetl galerię [1/9]

Robert Karaś

ARC

ROBERT KARAŚ*: Oczywiście, że tak. Wszystko jest możliwe, a to sport dla każdego. Sporo zależy jednak od tego, co się robiło w przeszłości, bo bez sportowej przeszłości będzie troszeczkę trudniej. Zacząć trzeba od badań. Jeśli są OK i zdrowie pozwala na treningi, to dobrze jest znaleźć trenera, który ułoży indywidualny plan treningów. Potem trzeba powoli przebijać się przez jednostki treningowe i zacząć od krótkich wyścigów. W triathlonie są nawet takie, które trwają krócej niż godzinę. To naprawdę jest dla każdego.  

A jak Pan zaczynał? Dlaczego akurat triathlon? 

Próbowałem różnych dyscyplin. Trenowałem piłkę ręczną i pływanie. Na triathlon natrafiłem przypadkiem oglądając jakiś filmik na portalu YouTube. To był taki „zlepek” różnych scen pokazujących, jak ludzie na finiszu wyścigu cierpią ze zmęczenia, na kolanach przekraczają linię mety. Postanowiłem spróbować.

Ile miał Pan wtedy lat? 

Jak zacząłem zajmować się tym wyczynowo, to miałem 23 lata, ale wcześniej miałem intensywny kontakt z tym sportem, choć trenowałem amatorsko. Zerwałem więzadła i miałem rok przerwy. Pod sklepem zauważył mnie trener, który powiedział: „Robert, założyłem drużynę triathlonową. Chodź i spróbujemy jeszcze raz." Tak się zaczęło i trwa do dziś.  

I co to Panu daje? Co tak przyciąga do triathlonu? To po prostu męczarnia… 

Zawsze byłem „sportowym dzieciakiem”. Wolałem ruch niż siedzenie przy komputerze. Lubię uczucie zmęczenia i spełnienia po treningu. Zakochałem się w tym. Prawdziwym szczęściem jest jednak to, że udało się to zamienić w normalną pracę. Robię więc to, co kocham.  

Nie jest to standardowy etat, czyli osiem godzin w pracy.  

Sześć godzin dziennie trenuję siebie, a dwie godziny poświęcam na trenowanie innych zawodników. Mam amatorską drużynę triathlonową, prowadzę ludzi z całego kraju i pomagam im spełniać marzenia. Przygotowuję dla nich plany treningowe. To daje osiem godzin w trakcie dnia. Praca jak każda inna.  

Czy lepiej trenować w Polsce, czy może gdzieś za granicą? 

Zdecydowanie lepiej trenuje mi się poza Polską. Przede wszystkim w okresie zimowym jest tam łatwiej zrealizować długie treningi. Zimą robimy tzw. bazę i trzeba mocniej trenować niż w pozostałe miesiące roku. Lepiej to robić w cieplejszym klimacie niż męczyć się w bluzach lub w jakiejś hali. W naszej szerokości geograficznej jest trudniej. Poza krajem lepiej działa też psychika, bo tam się nikogo nie zna, więc zostają trening, spanie i jedzenie. Tutaj mam więcej pokus. Ktoś zadzwoni i mówi: „Robert, chodź na kawę albo piwo”. Mogę pojechać do rodziców, czy teściów i treningi się przesuwają.  

Dużo czasu spędza Pan poza Polską?

Przez ostatnie dwa lata wyjeżdżałem na trzy miesiące, ale teraz planuję wyjechać na cały rok. Jeżeli chcę się ścigać na Hawajach, to muszę być rok poza domem.  

To trochę jak kontrakt zagraniczny. Zawody na Hawajach to najbardziej prestiżowa impreza?  

Mówimy o mistrzostwach świata IRONMAN, czyli do przepłynięcia jest 3,8 km, do przejechania na rowerze 180 km i do przebiegnięcia maraton. To najważniejsze zawody w triathlonie. Nigdzie nie ma lepszej obsady, większych nagród pieniężnych i wyższego prestiżu. Chcę się zakwalifikować do przyszłorocznej edycji.  

A jak wyglądają takie kwalifikacje? 

Praktycznie co dwa tygodnie są organizowane zawody gdzieś na świecie i wystarczy w jednej z tych imprez być na podium w kategorii zawodowców. Dostaje się wtedy przepustkę.  

Opowiada Pan o tym, jak o pracy na pełen etat, ale to wszystko także działalność gospodarcza, którą trzeba utrzymać. To chyba drogi sport. Jaki jest budżet zawodnika na Pana poziomie? 

W tym roku dopiero po raz pierwszy korzystam ze wsparcia sponsorów. Dzięki ich inwestycjom i moim własnym zarobkom udało mi się dopiąć budżet „na styk”. Żeby móc trenować poza krajem, tam się utrzymać, opłacić sprzęt i jakieś obiekty sportowe, potrzeba około 22-25 tys. złotych miesięcznie. Nie liczę kosztów podróży na zawody, opłat wpisowych itp.  

Do tego jeszcze koszt zakupu roweru.

Rower na szczęście dostaję od firmy z Wrocławia, natomiast wymianę komponentów muszę sobie sfinansować sam. To również drogie rzeczy.  

Czy wyobraża Pan sobie inną pracę? 

Byłem w innej pracy i zamieniłem ją na triathlon. Nie wyobrażam sobie czegoś innego.   

Jaki miał Pan zawód?

Zawodowy strażak. Lubiłem tę pracę, ale nie dało się tego połączyć z triathlonem. Bałem się ryzyka. Teraz wiem, że dobrze wybrałem.  

Zachęci Pan  jakoś człowieka, który dużo czasu spędza w biurze, żeby zaczął uprawiać triathlon? 

Kiepski jestem w takim przekonywaniu. Nie chcę namawiać do triathlonu, ale do uprawiania sportu  w ogóle. Ktoś może zakochać się w pływaniu, czy w czymś innym. Trzeba próbować różnych rzeczy, trochę się poruszać i zdecydować. 

*Robert Karaś - zawodowy triathlonista pochodzący z Elbląga, założyciel grupy TeamKaraś. Rekordzista świata w potrójnym i podwójnym triathlonie IRONMAN. Przygotowuje się do startu w najbardziej prestiżowych zawodach na Hawajach.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał Łukasz Ostruszka

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Triathlon: praca na pełny etat i dopięty budżet